Strony

sobota, 30 stycznia 2010

Good-bye dinner

Wreszcie wyszło mi jakieś przyzwoite ciasto - może dlatego, że piekłam je na DIKU, tam jest porządny piekarnik i w ogóle dobrze wyposażona kuchnia. To taki odpowiednik lokalu koła, tylko chyba nawet lepszy, bo dla całego instytutu, większy i lepiej zaopatrzony. Idealne miejsce, żeby spotykać się co tydzień ze znajomymi i wspólnie gotować, jak to robiliśmy przez cały semestr; tego mi będzie brakować.
A potem usmażyłam całą górę naleśników - chyba będę mieć dość na dłuższy czas. Muszę przyznać, że naleśniki ze szpinakiem i serem pleśniowym dają radę. To nie to, co lazania szpinakowa, co prawda, ale też całkiem, całkiem.
Na marginesie dodam, że dziś pierwszy raz zdarzyło mi się gotować razem z moim wspólokatorem tzn. w tym samym czasie; wcześniej jakoś zawsze się mijaliśmy. I nawet udało nam się chwilę porozmawiać (co jest sporym osiągnięciem, zważywszy że on jest tak samo wygadany jak ja). Oczywiście o pogodzie: Rune narzekał, że to dla niego ciężka zima, bo nie jest przyzywaczajony, żeby codziennie padał śnieg (i to w taaakich ilościach) i żeby było poniżej 0... Heh.

Więc siedzieliśmy tak sobie: Mia, Simone, Weronika, Anastazja, Allison, Paweł, ja... I staraliśmy się za często nie myśleć, że to ostatnie takie spotkanie. Nawet jeśli jeszcze tu wrócimy (tzn. ja i Weronika, bo reszta zostaje na dłużej), to już nie będzie tak samo.

O pierwszej poszłyśmy odebrać Gosię ze stacji metra. Nie dość, że samolot z Warszawy w ogóle przylatuje późno, to jeszcze przez tę pogodę wyleciał z opóźnieniem. Pociągi też miały poślizg. Do tego Gosia przyjechała obładowana - głównie polskimi przysmakami. Więc właśnie jej walizki stoją w moim pokoju. A ja prowadzę dziś hotel: łóżko, materac i kanapa są zajęte przez dziewczyny.
Niesamowite, jak łatwo erazmusom przychodzi wzajemna pomoc. Ktokolwiek ma jakieś problemy, komplikacje (najczęsciej właśnie mieszkaniowe, ale nie tylko), to zawsze znajdzie się ktoś, kto zaoferuje wsparcie: pożyczy/naprawi rower, pomoże w przeprowadzce, przenocuje - czy cokolwiek innego. To chyba dlatego, że wszyscy jesteśmy w tej samej sytuacji, daleko od domu, w obcym (nawet jeśli już znanym i ukochanym) mieście i kraju, wśród nieznajomych ludzi mówiących dziwnym językiem. Za tym też będę tęsknić: za tą dziwną społecznością, mieszanką ludzi i kultur, która ma jednak jakiś wspólny mianownik.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz