Oświęcim -> Gliwice
Na bilecie miałam napisanePrzystanek MZK ul. Konarskiego, więc tam sobie grzecznie czekałam, wypatrując po ciemku dużego autokaru nadjeżdżającego z kierunku Krakowa. I się nie doczekałam. Przyjechał mały bus, z zupełnie innej strony i podjechał na praking za przystankiem. Pan kierowca na szczęście wypatrzył mnie na tym przystanku, grzecznie zapytał, czy przypadkiem nie wybieram się do Danii i zapakował do busa.
Gliwice -> Hamburg
Przesiadka na autokar. I już spóźnienie, bo się autobusy z całej Polski zjeżdżały i zjeżdżały (zbierają ludzi z całej Polski, a w miastach najbardziej wysuniętych na zachód rozsadzają; sprytne, bo w ten sposób ja mogłam jechać do Kopenhagi prosto z Oświęcimia). A że pogoda paskudna, a do tego piątek wieczór, więc normalne, że były korki.Ucieszyłam się strasznie, kiedy nie zobaczyłam na pokładzie żadnych ekranów. O razu pojawiła się radosna myśl:
Żadnych głupich amerykańskich komedii!Dlatego zdziwiłam się mocno, kiedy w pewnym momencie z sufitu wysunęły się dwa monitorki... Niestety zamiast głupiej amerykańskiej komedii była głupia polska komedia...
Gdzieś w Opolu albo we Wrocławiu pani pilot posadziła koło mnie matkę z dwójką dzieci, więc od razu zaczęłam kląć w myślach. Zupełnie niepotrzbne, jak się okazało, bo chłopiec siedzący koło mnie grzecznie oglądał film, a potem przespał większość nocy; do tego dzieci mają tę zaletę, że są szczupłe, więc mieliśmy sporo miejsca dla siebie :P
W Berlinie byliśmy do tyłu już prawie dwie godziny.
Hamburg -> Neumünster
Kolejna przesiadka. Opóźnienia nie nadrobiliśmy, ale autokar grzecznie na nas poczekał.Neumünster -> Kopenhaga
Żeby nie trzymać innych pasażerów, to grupkę do Kopenhagi - w tym mnie, oczywiście - znowu wsadzono w busa, jakąś godzinę za Hamburgiem. Mojego bagażu już niestety nie, bo sympatyczny pan kierowca z poprzedniego kursu ubzdurał sobie, że ja jadę do Århus; w związku z czym moja torba wylądowała nie w tym luku, co trzeba i miała szanse pozwiedzać Danię beze mnie. Na szczęście się upomniałam.Kolejny sympatyczny kierowca zagadywał nas przez pół drogi, a przez drugie pół współpasażer, emerytowany nauczyciel. Nawet miło się słuchało, zwłaszcza że na zewnątrz szalała zamieć, a oni nie wymagali włączenia się do dyskusji, więc mogłam sobie spokojnie słuchać z boku, tak jak lubię najbardziej. Ponoć w północnych Niemczech radzili zrobić zapasy jedzenia i świec i nie wychodzić z domu przez weekend, jeśli tylko nie będzie to absolutnie konieczne - tak złe były prognozy.
Pierwszy raz udało mi się trafić na prom na Bałtyku za dnia - do tej pory zawsze przytrafiał się nocny rejs. Ale Bałtyk oglądałam tylko przez szybę, bo tak wiało, że absolutnie nikt nie miał ochoty wychodzić na pokład. Zwłaszcza, że i tak wszyscy chodzili jak pijani, bo tak huśtało :)
(Za jakość zdjęć przepraszam, ale wykonane telefonem, więc i tak do mojej definicji zdjęć się nie kwalifikują.)
Dania za to przywitała mnie pięknym słoneczkiem. Żadnych zamieci śnieżnych, chociaż śnieg leży i mróz jest. W ogóle to klimat duński wybitnie mi służy, bo ledwo zeszłam z promu, gardło przestało mnie boleć a katar zniknął.


Podróż można powiedzieć, że... fascynująca :) Współczuję tej polskiej komedii. Niestety chyba nie nauczę się na nich śmiać :P
OdpowiedzUsuńBaw się dobrze/ślizgaj bez spadania w CPH:)ściski z zaśnieżonego Krka!
Jak ja podróżuję, to zawsze z przygodami - więc jeśli wypadnie ci kiedyś gdzieś ze mną jechać, to radzę się bać :D Ale w sumie, tak jak mówiłam, przyjemnie było, bo dużo sympatycznych ludzi po drodze i krajobrazy ładne :)
OdpowiedzUsuńLubię podróże z przygodami :) nie zawsze ale czasem zdarzają się ciekawe:)
OdpowiedzUsuń