Strony

wtorek, 29 grudnia 2009

Edukacja filmowa (podsumowania roku 2009, cz. II)

Ponad tydzień jestem już w domu i przez ten czas obejrzałam może ze trzy filmy. Jakoś nie tęskniłam za telewizją i widać już się przyzwyczaiłam do jej braku.
Za to za kinem stęskniłam się bardzo. W Danii pójście na koncert to mniejszy wydatek niż wypad do kina (sic!), przez co oczywiście mam zaległości w edukacji filmowej.

Przed wyjazdem zdążyłam jednak zobaczyć kilka wielkoekranowych premier, więc wzorem Aggie krótkie zestawienie tych fajniejszych:
  • Bracia Karamazow (na filmy Petra Zelenki mogę chodzić w ciemno, nieważne czy to komedie, czy inne)
  • Wojna domowa (Colin Firth, ach! a oprócz niego cała plejada brytyjskich aktorów na dokłądkę)
  • Vicky Cristina Barcelona (Woody Allen bez Woodego Allena w roli głównej)
  • Star Trek (nie mogłam przegapić, zwłaszcza, że poprzednie 10 części obejrzałam na krótko przed premierą najnowszej)
  • Epoka lodowcowa 3
Były też rozczarowania:
  • Załoga G (wszystkie fajne sceny i zabawne teksty zostały wykorzystane w trailerze i na film już nic nie zostało; dobrze, że chociaż futerkowce ładnie zaanimowane)
  • Coco avant Chanel (po prostu spodziewałam się więcej)
  • Spirit (nawet jako parodia Sin City robi marne wrażenie)
  • Ile waży koń trojański (pan Machulski przyzwyczaił mnie do czegoś lepszego, chociaż kilka smaczków było)
Nie widziałam, a chciałabym, czyli co przegapiłam, będąc na emigracji, ale wciąż mam nadzieję nadrobić:
  • Księżniczka i żaba (klasyczny Disney 2D!!)
  • Rewers
  • Ostatnia akcja
  • Odlot
  • 9
  • Antychryst
  • Parnassus
  • Ricky

Oprócz tego przypomniałam sobie trochę klasyków, które mogę oglądać wciąż i wciąż, a to: Kiedy Harry poznał Sally, Don Juan de Marco, Leon zawodowiec itp; wygrzebałam gdzieś nawet moją ukochaną baśń filmową z dzieciństwa z Catherine Deneuve, Ośla Skórka. Dłuższy pobyt za granicą chyba sprawia, że człowiek robi się sentymentalny...

W każdym bądź razie z niecierpliwością czekam na premiery roku 2010, a wszególności Alicję w Krainie Czarów Tima Burtona czy Robin Hooda Ridleya Scotta. Mniam.

7 komentarzy:

  1. "Coco Chanel" - nie oglądałam właśnie, a chciałabym. Szkoda, że średnio wypadł. Ale pewnie coś ala "Księżna" (widziałaś może?)
    "Wojna domowa" - nawet nie spotkałam się z tym filmem, a Colina tak lubię. Muszę dopisać go do listy oczekiwanej.

    I również nie mogę się doczekać Robina Hooda i Alicji. W ogóle bardzo mnie rozbawiło jak się dowiedziałam, że po raz N-ty głównym bohaterem filmu Ridley'a jest Crowe:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Z "Coco Chanel" coś było nie tak, ale nie bardzo wiem co... Audrey Tautou miała fajną rolę, taką inną, poważną, ale czegoś w tym filmie brakowało.

    "Wojna domowa" to kolejny przykład genialnego tłumaczenia, bo oryginalny tytuł brzmi "Easy virtue". A film rewelacyjny pod względem kreacji aktorskich. Pod innymi względami też, niebanalny, czasem wręcz groteskowy :) No i tango w wykonaniu Jessica Biel + Colin Firth...

    OdpowiedzUsuń
  3. Tłumaczenie tytułów! O tym można by było komedię napisać. Bo czasem naprawdę mnie zastanawia dlaczego tak a nie inaczej brzmią tytuły. Np. "Becoming Jane" - "Zakochana Jane", albo moje ulubione: "Touching the void" - "Czekając na Joe" :D z resztą z "500 days of Summer" też się nie popisali. Wszystko byleby "miłość" miało w tytule.

    OdpowiedzUsuń
  4. Mój ulubiony kwiatek to "IQ" przetłumaczone na "Narzeczona dla geniusza" :D

    OdpowiedzUsuń
  5. A myślałby kto, że to tylko takie dwie literki oznaczające inteligencje ;) Swoją drogą wyobraźnię trzeba też mieć chyba szeroką.

    OdpowiedzUsuń
  6. Aha, "Księżną" widziałam i porównanie niezłe - niby pomysł jakiś na scenariusz był, zagrane nie najgorzej, ale całość nie wyszła...

    OdpowiedzUsuń
  7. A może to generalnie tak chodzi o filmy biograficzne... chociaż nie. "Piękny umysł" albo "Marzyciel" - tak samo biografie, a są naprawdę przykuwające. Moim skromnym zdaniem :) a nie sądzę, żeby w nich było więcej odstępstw od prawdy niż w "Księżnej" czy "Coco"...

    OdpowiedzUsuń