Strony

sobota, 25 września 2010

Waterland revisited

Moi niestrudzeni turyści dali się namówić, żeby jeden dzień chodzenia po mieście zamienić na wycieczkę rowerową. Wypożyczalni rowerów jest mnóstwo, więc zdobycie środka transportu nie było trudne.
Pojechaliśmy przez Waterland na wyspę Marken. Część trasy pokryła się z moją ostatnią wycieczką w tamte rejony: urocze uliczki z małymi, kolorowymi domkami, łąki i miasteczka poprzecinane gęsto kanałami. A potem piknik pod latarnią morską na wyspie. Plaża, morze, żaglówki, mewy... Komu by się chciało wracać...? Zwłaszcza, że byliśmy dosyć zmęczeni - większa część trasy prowadziła wzdłuż brzegu, a od morza strasznie wiało. Kilka razy chowaliśmy się przed deszczem, który przychodził znikąd i znikał nagle nie wiadomo gdzie.

Wniosek z tej wycieczki jest jeden: rower bardzo zmienia perprektywę. Zwłaszcza w kraju, w którym jest prawie 20 000 km ścieżek rowerowych (komentarz Bartka à la National Geagraphic czy inne Discovery: Przejechać je wszystkie to tak, jakby objechać Ziemię do połowy wzdłuż równika.). Jazda na rowerze po mieście, to nie, jak w Polsce, szkoła przetrwania (no, to nie całkiem prawda, ale z zupłenie innych powodów: tu trzeba się pilnować, nie żeby nie wpaść pod samochód, ale żeby nie dać się rozjechać innym rowerzystom); a wycieczki rowerowe za miasto to czysta przyjemność, zwłaszcza że w okolicy jest tyle oryginalnych miejsc, które mogą stanowić cel wyprawy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz