Pojechaliśmy przez Waterland na wyspę Marken. Część trasy pokryła się z moją ostatnią wycieczką w tamte rejony: urocze uliczki z małymi, kolorowymi domkami, łąki i miasteczka poprzecinane gęsto kanałami. A potem piknik pod latarnią morską na wyspie. Plaża, morze, żaglówki, mewy... Komu by się chciało wracać...? Zwłaszcza, że byliśmy dosyć zmęczeni - większa część trasy prowadziła wzdłuż brzegu, a od morza strasznie wiało. Kilka razy chowaliśmy się przed deszczem, który przychodził znikąd i znikał nagle nie wiadomo gdzie.
Wniosek z tej wycieczki jest jeden: rower bardzo zmienia perprektywę. Zwłaszcza w kraju, w którym jest prawie 20 000 km ścieżek rowerowych (komentarz Bartka à la National Geagraphic czy inne Discovery:
Przejechać je wszystkie to tak, jakby objechać Ziemię do połowy wzdłuż równika.). Jazda na rowerze po mieście, to nie, jak w Polsce, szkoła przetrwania (no, to nie całkiem prawda, ale z zupłenie innych powodów: tu trzeba się pilnować, nie żeby nie wpaść pod samochód, ale żeby nie dać się rozjechać innym rowerzystom); a wycieczki rowerowe za miasto to czysta przyjemność, zwłaszcza że w okolicy jest tyle oryginalnych miejsc, które mogą stanowić cel wyprawy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz