W metrze dziś pusto było, ale chyba dlatego, że wcześnie jechałam (dlaczego, dlaczego umówiłam się na 8.30 rano - no dlaczego?). Do tego nie padało, więc ludzie nie przerzucili się z rowerów na komunikację publiczną.
W drodze powrotnej wstąpiłam do sklepu polskiego po chlebek - nie dość że smaczny, to jeszcze dwa, trzy razy tańszy niż duński; więc się tam zaopatruję, zwłaszcza że to tylko 10 minut spacerkiem ode mnie. Lubię ten sklep. Prowadzą młode, sympatyczne i zawsze usmiechnięte dziewczyny.
Nie zwracałam uwagi, że ekspedienci w duńskich sklepach są przeważnie niemili, dopóki Simone mi tego nie uświadomiła. I rzeczywiście: prawie nigdy się nie odzywają, żadnego
dzień dobry,
Dziękuję, nie mówiąc już o
Miłego dnia; co najwyżej wymruczane na koniec
Rachunek?, a i to nieczęsto. Nie to żeby specjalnie byli nieuprzejmi, po prostu straaasznie mrukliwi, nic nie mówią i nigdy się nie uśmiechają.
Dziwni ci Duńczycy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz