Strony

środa, 25 listopada 2009

2/3

No to ostatnia wycieczka na Amager metrem w celach naukowych zaliczona. W sensie, że zdałam egzamin ustny z angielskiego. Oprócz Paula był jeszcze drugi cenzor. Sympatycznie się rozmawiało, chociaż stresująco, jak to zwykle na ustnych. Zwłaszcza rozpraszające było, jak obaj robili notatki, w czasie kiedy ja się produkowałam (oczywiście nie notowali tylko błędów, ale też dobre rzeczy, ale mimo wszystko...). To już dwa z trzech egzaminów tutaj mam zaliczone, więc teraz definitywnie z górki.

W metrze dziś pusto było, ale chyba dlatego, że wcześnie jechałam (dlaczego, dlaczego umówiłam się na 8.30 rano - no dlaczego?). Do tego nie padało, więc ludzie nie przerzucili się z rowerów na komunikację publiczną.

W drodze powrotnej wstąpiłam do sklepu polskiego po chlebek - nie dość że smaczny, to jeszcze dwa, trzy razy tańszy niż duński; więc się tam zaopatruję, zwłaszcza że to tylko 10 minut spacerkiem ode mnie. Lubię ten sklep. Prowadzą młode, sympatyczne i zawsze usmiechnięte dziewczyny.
Nie zwracałam uwagi, że ekspedienci w duńskich sklepach są przeważnie niemili, dopóki Simone mi tego nie uświadomiła. I rzeczywiście: prawie nigdy się nie odzywają, żadnego dzień dobry, Dziękuję, nie mówiąc już o Miłego dnia; co najwyżej wymruczane na koniec Rachunek?, a i to nieczęsto. Nie to żeby specjalnie byli nieuprzejmi, po prostu straaasznie mrukliwi, nic nie mówią i nigdy się nie uśmiechają.
Dziwni ci Duńczycy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz