Strony

sobota, 21 listopada 2009

Jak w domu

Poczułam się dziś prawdziwie jak w domu, w Krakowie. Poszłam grzecznie biegać, a że już wieczór był i cmentarz zamknięty, to poleciałam wzdłuż zewnętrznego muru, naokoło, jak zwykle. I na rogu ławeczka, a na ławeczce siedzi sobie trzech panów o nieco znoszonym wyglądzie, każdy z białym plastikowym kubeczkiem w dłoni. Jeden z nich dodatkowo z butelką wina i nalewa do tych kubeczków. Swojski obrazek :)

Słowo wyjaśnienia: tak biegam, czy też może uprawiam jogging. Tutaj wszyscy biegają, wszędzie i o każdej porze można spotkać biegaczy. Ponieważ Assistens Kirkegård (cmentarz, na którym leży H. Ch. Andersen i na który miałabym widok z okna, gdyby budynek naprzeciwko mi go nie zasłaniał) służy bardziej jako park niż cmentarz, to jest popularnym miejscem uprawiania tegoż sportu. Jest też popularnym miejscem spacerów z dziećmi albo psami. Ale miejscem najbardziej chyba obleganym przez biegaczy są jeziorka w centrum, ale to już raczej dla długodystansowców. Planuję się tam przenieść, jak nabiorę większej kondycji/wytrzymałości i mój mały park przestanie mi wystarczać.
Miłą konsekwencją tego, że większa część narodu uprawia jogging, jest fakt, że kiedy biegasz, nikt nie gapi się na ciebie jak na kosmitę, który - jak to ładnie ujął Rudolf - przyleciał z innej planety i próbował podbić Ziemię.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz