Rezultaty ostatnich eksperymetów kulinarnych (oprócz kolorowych i aromatycznych obiadków oraz ciasta z mikrofalówki) są takie, że:
- cofnęła mi się awersja do czosnku
- polubiłam brokuły i to nie tylko w formie zupy-kremu
- a do szpinaku wręcz pałam miłością
Świetna muzyka z jednego z moich ulubionych filmów o [między innymi] gotowaniu:
A wracając do importowanych pseudoświąt, czyli w tym miesiącu Halloween: chyba nie miałabym nic przeciwko, gdyby to nie było puste. Zero znaczenia - albo jeśli jakieś było (a chyba było, bo tradycja jest celtycka i, jak to tradycja, ma swoje korzenie i coś ze sobą niesie), to nie przetrwało drogi i od Anglosasów przywędrowała do nas tylko komercyjna otoczka.
Jedno z moich ulubionych wspomnień z dzieciństwa to Zaduszki i obraz cmentarza o zmierzchu, oglądanego z pewnej odległości: na każdym grobie świece i szklane znicze, dymiące i świecące, tworzące razem prawdziwą łunę. Później kilka razy próbowałam złapać taki widok, ale okazuje się, że tego wspomnienia nie da się powtórzyć - a wszystko przez technikę i ekologię: nikt już nie używa zwykłych świec, a znicze są, ale niekopcące, zamknięte.
Cmentarze, na szczęście, zostały - zawsze miałam do nich słabość, taki mój fetysz prywatny, że lubię zwiedzać cmentarze i włóczyć się po nich. Grób sióstr Brontë był tym, co najlepiej zapamiętałam z wycieczki do Haworth, a cmentarz w Glasgow był bardziej interesujący niż centrum miasta. O kopanhaskim Assistens Kirkegård, gdzie leży mój guru (Hans Christian Andersen), nie wspomnę - kto czytał, wie, co tam porabiałam.
Halloween oryginalnie przywędrowało z Irlandii i faktycznie wywodzi się z celtyckich zwyczajów. Ciekawe, że święto to (o ile słowo "święto" nie jest tu nadużyciem) jest wyjątkowo hucznie obchodzone w Stanach, chyba o wiele bardziej niż na terenie Wielkiej Brytanii.
OdpowiedzUsuńA jak Halloween obchodzi Amsterdam?
No właśnie nijak: to po prostu kolejna okazja do imrezowania i nic więcej - zero znaczenia, tak jak pisałam, bo nie jest to tutejsza tradycja, tylko obca.
OdpowiedzUsuń