Strony

niedziela, 31 października 2010

Cukierek albo żart

Halloween, czyli... sezon na dynie :] Makaron razowy z dynią, racuchy z dyni, lazania dyniowa - no, tę ostatnią, z braku piekarnika, nie bardzo mam jak zrobić, ale coś się wykombinuje: będzie to albo pierwsza lazania z mikrofalówki, albo totalne fiasko. Chwilowo jednak jestem przekonana, że skoro da się upiec ciasto, to da się wszystko - a przynajmniej taki pogląd będę wyznawać, dopóki nie zostanie mi udowodnione, że jest inaczej.

Rezultaty ostatnich eksperymetów kulinarnych (oprócz kolorowych i aromatycznych obiadków oraz ciasta z mikrofalówki) są takie, że:
  • cofnęła mi się awersja do czosnku
  • polubiłam brokuły i to nie tylko w formie zupy-kremu
  • a do szpinaku wręcz pałam miłością

Świetna muzyka z jednego z moich ulubionych filmów o [między innymi] gotowaniu:


A wracając do importowanych pseudoświąt, czyli w tym miesiącu Halloween: chyba nie miałabym nic przeciwko, gdyby to nie było puste. Zero znaczenia - albo jeśli jakieś było (a chyba było, bo tradycja jest celtycka i, jak to tradycja, ma swoje korzenie i coś ze sobą niesie), to nie przetrwało drogi i od Anglosasów przywędrowała do nas tylko komercyjna otoczka.

Jedno z moich ulubionych wspomnień z dzieciństwa to Zaduszki i obraz cmentarza o zmierzchu, oglądanego z pewnej odległości: na każdym grobie świece i szklane znicze, dymiące i świecące, tworzące razem prawdziwą łunę. Później kilka razy próbowałam złapać taki widok, ale okazuje się, że tego wspomnienia nie da się powtórzyć - a wszystko przez technikę i ekologię: nikt już nie używa zwykłych świec, a znicze są, ale niekopcące, zamknięte.
Cmentarze, na szczęście, zostały - zawsze miałam do nich słabość, taki mój fetysz prywatny, że lubię zwiedzać cmentarze i włóczyć się po nich. Grób sióstr Brontë był tym, co najlepiej zapamiętałam z wycieczki do Haworth, a cmentarz w Glasgow był bardziej interesujący niż centrum miasta. O kopanhaskim Assistens Kirkegård, gdzie leży mój guru (Hans Christian Andersen), nie wspomnę - kto czytał, wie, co tam porabiałam.

2 komentarze:

  1. Halloween oryginalnie przywędrowało z Irlandii i faktycznie wywodzi się z celtyckich zwyczajów. Ciekawe, że święto to (o ile słowo "święto" nie jest tu nadużyciem) jest wyjątkowo hucznie obchodzone w Stanach, chyba o wiele bardziej niż na terenie Wielkiej Brytanii.

    A jak Halloween obchodzi Amsterdam?

    OdpowiedzUsuń
  2. No właśnie nijak: to po prostu kolejna okazja do imrezowania i nic więcej - zero znaczenia, tak jak pisałam, bo nie jest to tutejsza tradycja, tylko obca.

    OdpowiedzUsuń