Strony

niedziela, 17 października 2010

Amsterdam Marathon 2010, czyli triumf rozumu

Dziś w Amsterdamie był maraton (oraz półmaraton i bieg na 5 mil). Kusiło. Ale odpuściłam. Od kiedy zamieszkałam w Amsterdamie, ledwie kilka razy zdarzyło mi się pójść pobiegać. Na początku była aklimatyzacja i inne rozrywki, a potem przestawiłam się na rower - dalsze wycieczki od czasu do czasu, a na co dzień dojazdy na wydział, do sklepu itd. Pewnie bym dała radę (siłą woli, ale jednak), ale stwierdziłam, że nie warto - nie byłoby takiej satysfakcji, jak przy krakowskim maratonie, bo z powodu braku treningów nie jestem w formie, więc wynik na pewno nie byłby lepszy i męczyłabym się bardziej, a przez to pewnie też nie miałabym siły, aby należycie docenić tę imprezę. Krótko mówiąc: rozsądek wziął górę.
Pogoda im się udała wyśmienicie: błękitne niebo, słoneczko świeciło, tylko trochę chłodno - ale może nawet lepiej. Trasa prowadziła przez centrum miasta, wzdłuż Amstel na południe, a potem drugim brzegiem rzeki na północ; start i meta na stadionie olimpijskim.
Mieszkam blisko Amstel, więc poszłam popatrzeć. Widok był ciekawy, bo raz: stałam przy punkcie z gąbkami (gąbki nasączone wodą, podawane biegnącym, żeby się ochłodzili i odświeżyli); a dwa: ludzie po tej stronie co ja biegli na południe, ale na drum brzegu było już widać tych biegnących na północ.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz