Strony

środa, 3 listopada 2010

Niebo

Wygląda mniej więcej tak:
Wakacyjna przygoda z krakowskimi antykwariatami raczej nie zakończyła się sukcesem: kiedy wreszcie udało mi się kilka z nich odwiedzić, nie zachwyciły mnie i, niestety, nie znalazłam tych konkretnych tytułów, których szukałam (było parę innych interesujących i gdybym chciała, to na pewno nie wyszłabym stamtąd z pustymi rękoma, ale akurat poszukiwałam kilku konkretnych książek, a tych nie znalazłam).
Dzisiejsza wycieczka do centrum miała w planie kilka punktów, z czego pierwszym był antykwariat z literaturą angielską, a kolejnymi angielskie i amerykańskie księgarnie. Na antykwariacie się skończyło. Kilka pokoi, a każda ściana, każdy podest i schody obłożone regałami i półkami, a na nich z góry na dół książki. W dodatku dość sensownie posortowane, poukładane i opisane, wszystko się dało łatwo znaleźć (widziałam księgarnie, które miały mniejszy asortyment i były gorzej zorganizowane). Jednym słowem: niebo. Uwielbiam się włóczyć po bibliotece i przeglądać regały na chybił trafił, ale świadomość, że ze sklepu wychodzi się z książką na własność, a nie tylko wypożyczoną, przeważa szalę. Udało mi się powstrzymać i poprzestać na zakupie jednego tylko tytułu (Jonathan Strange & Mr Norrell - czytałam już dwa razy, ale uwielbiam i wiem, że na pewno przeczytam jeszcze kilkakrotnie, no i tym razem będzie w oryginale); a miałam ochotę na wiele więcej, bo wybór był niesamowity i wypatrzyłam prawdziwe perełki (ale nie te, których poszukiwałam w Krakowie, bo tamte to książki włoskie, duńskie, francuskie albo niemieckie i chcę je mieć po polsku - wyznaję zasadę, że po angielsku czytam tylko to, co w tym języku zostało oryginalnie napisane). Pan, który prowadzi ten antykwariat, też był bardzo sympatyczny - uśmiechnął się tylko, kiedy zapytałam, czy mogę zrobić zdjęcie, powiedział, że wiele osób się tam fotografuje i porównał sklep do muzeum; wniosek z tego był niestety nie tak wesoły, a mianowicie, że to już mniej sklep, a bardziej właśnie świadectwo przeszłości, czyli czasów bez telewizji i internetu.

Jedną z największych wad podróży jest, że nie można zabrać ze sobą swojej biblioteki i nie bardzo można nawet kompletować nową. Niczego mi tak nie brakuje za granicą jak książek. Bez żalu spakowałam tylko minimum ciuchów, jakie były mi potrzbne; książek niestety spakować nie mogłam. W Kopenahdze na szczęście nie było źle: Rosa, od której wynajmowałam pokój, miała salon urządzony w ten sposób, że całą jedną ścianę od podłogi po sufit zajmował regał z książkami - stały w dwóch rzędach, za pierwszą widoczną warstwą kolejna - z których spora część była po angielsku, więc zdarzało mi się coś z tego wybrać.
E-booki to jednak jest jakieś wyjście. Nie znoszę czytać na komputerze, trzeba się będzie w końcu zaopatrzyć w czytnik - są coraz lepsze, coraz bardziej przypominją papier i spokojnie można sobie czytać na tym do poduszki, w tramwaju, czy gdzie człowiekowi przyjdzie ochota. I nie męczą wzroku. I mają podstawową zaletę, że mieszczą setki książek, a o to właśnie chodzi.
Z drugiej strony, to tak jak z albumami audio i mp3. Trochę żal, że płyty nie stoją sobie na regale, a cała muzyka zgromadzona jest na twardym dysku. Ja z sentymentu kupuję jeszcze czasem albumy moich ulubionych wykonawców. Ale przecież też nigdzie ich ze sobą nie wożę, tylko zgrywam i konwertuję. Cóż, coś za coś: zachciało mi się szwendać po świecie, to przyjdzie mi zrezygnować z takich luksusów, jak prywatna biblioteczka, zarówno literacka jak i muzyczna. Nawiasem mówiąc, większość współczesnych ludzi i tak rezygnuje, tradycjonalistów lubiących szeleszczenie papieru, grube okładki i kunsztowne ilustracje jest chyba coraz mniej.
A propos, wycztałam ostatnio ciekawą tezę: że papier elektroniczny wcale nie oznacza końca ery papierowych książek, ale wręcz przeciwnie - może mieć pozytywne skutki dla branży wydawniczej (albo nie tyle dla samego przymysłu, co raczej dla czytelników). Bo klasyki literatury, takie które chce się mieć, które stoją na półce i dumnie prezentują okładki, do których się wraca raz po raz - te będą wydawane nadal, ale właśnie w wersjach kolekcjonerskich, czyli porządnie, na grubym papierze, w grubych okładkach. A książki jednorazowego użytku (romanse, kryminały itp.), takie które raczej się wypożycza z biblioteki aniżeli kupuje na własność i przechowuje - te przejdą do kategorii e-booków i będą wypożyczane lub kupowane w postaci elektronicznej właśnie. Nawet mi taka wizja przyszłości odpowiada, bo mimo że jestem wielką miłośniczką Herkulesa Poirot czy panny Marple, to nie planuję zaopatrywać się w kolekcję książek Agathy Christie - przeczytałam raz i wystarczy, kolejnych razów nie przewiduję (a nawet jeśli kiedyś najdzie mnie nieprzeparte pragnienie przypomnienia sobie Pułapki na myszy lub Morderstwa w Orient Expressie, to prędzej wypożyczę film albo, dla odmiany, pójdę do teatru).

2 komentarze:

  1. Może poraw na zaopatrzenie się w jakiegoś e-booka? Mam to samo, połowa moich krakowskich gratów, jeśli nie więcej to książki, których ilość rośnie i rośnie. Nie ułatwia to wcale przeprowadzek niestety. Jednak co do e-booków, to jakoś mnie trochę nie przekonują nadal, tzn. jeśli chodzi o ich parametry techniczne. Ale chyba sobie jakiś sprawie, bo jednak lepiej na e-papierze niż na komputerze. A i można zabrać w podróż łatwiej niż laptopa, no i nie kusi aby robić coś innego :)

    OdpowiedzUsuń
  2. No właśnie tak mnie nachodzi, żeby kupić, ale zwlekam, bo wygląda, że era popularności ebooków i czytników jeszcze jednak przed nami i raczej powoli się to rozwija.
    Ale co poniektórzy znajomi testują i przekonują, że warto, bo niektóre już są naprawdę dobre.

    OdpowiedzUsuń