Strony

poniedziałek, 29 listopada 2010

Cztery pory roku

Ktoś kiedyś trafnie podsumował, że, owszem, w Holandii istnieją cztery pory roku; ale przy tym istnieje także spore prawdopodobieństwo, że co najmniej trzy z nich wystąpią w ciągu jednego dnia.
To zdanie jest niezwykle prawdziwe i, rzeczywiście, na początku mojego tu pobytu wydawało się sprawdzać codziennie - żadna niespodzianka, dokładnie tego przecież oczekiwałam: że kiedy, wychodząc z domu, widzi się piękne błękitne niebo i baranki sunące po niebie, to i tak nie należy zapomnieć parasola, bo najprawdopodobniej się przyda i to nie raz, ale kilka razy w ciągu jednego dnia. W końcu przyjechałam do Holandii nastawiona psychicznie na kolejną jesień/zimę w klimacie umiarkowanym, ciepłym, morskim (czyt. pogoda skacząca od londyńskiej mgły i mżawki, przez kontynentalne letnie burze, do wiosennej morskiej bryzy i ciepłego słonecznego blasku, a potem z powrotem i jeszcze raz, i znów - a wszystkie te atrakcje w przeciągu kilkunastu godzin. Standard). Nic nowego.

Generalnie, ja nawet nie mam nic przeciwko temu, że tu suma opadów jest dużo wyższa niż w Europie bardziej kontynentalnej, w związku z czym peleryny i parasole przydają się dość często - ja bym po prostu chciała mieć jako taką pewność, że będą/nie będą potrzebne. To, czego nie lubię to właśnie niestabilność i nieprzewidywalność tutejszej pogody. W Krakowie, jak leje, to wiadomo, że będzie lać przez tydzień, dwa, czy ile tam prognoza przewiduje. W lipcu albo sierpniu letnimi burzami można regulować zegarki - wiadomo, że o czwartej po południu nagle zrobi się ciemno, zagrzmi, popada i do wieczora przejdzie. I tak dalej, dopóki front atmosferyczny się nie zmieni. W Danii, pólnocnych Niemczech, Holandii czy Wielkiej Brytanii zazwyczaj tak dobrze nie ma.

Ale! jesień amsterdamska jest w tym roku wyjątkowo nietypowa jak na tę strefę klimatyczną, więc w sumie mile się rozczarowałam: wrzesień bywał co prawda kapryśny, ale październik był przepiękny - suchy i słoneczny, a listopad też lepszy niż przewidywałam tzn. stabilny: jak już przyszedł mróz, to trzyma, śnieg sypie i ogólnie jest mroźnie, ale przyjemnie.
A prospos mrozu, śniegu itd: Juliana (Brazylijka) zachwycała się, że świat wygląda jak w takich zabawkach:
Ciekawe, jak to jest ulepić pierwszego w życiu bałwana, będąc dwudziestolatkiem?

A jak się jeździ na rowerze w zimie? Ostrożnie!
Zabawa w znajdź swój rower wśród setek innych nabrała zupełnie nowego wymiaru: to już nie jest szukanie granatowego roweru z niebieskim pokrowcem na siodełko i próba odróżnienia go od czarnych i ciemnozielonych; nie, obecnie hasło przewodnie brzmi: znajdź swój biały (zaśnieżony) rower wśród setek innych białych rowerów. Fajna rozrywka, nie?

To tyle rozważań o pogodzie. Nie mogłam sobie darować.

Na koniec klasyk zimowy w wydaniu klasycznym:

...i bardziej nowoczesnym:

4 komentarze:

  1. Haha, chciałbym zobaczyć, jak wygląda na żywo szukanie białego roweru na tle innych białych rowerów :P U nas też sypie, ale taka pogoda się nagle zrobiła (i już w południe śnieg zaczął się topić, jak teraz w nocy będzie mróz, to jutro będzie szklanka na ulicach :/) Pozdrowienia!

    P.S. Podoba mi się nowa szata bloga :) Klimatyczna ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. No, tak mnie ten śnieg za oknem natchnął.

    Z rowerem jeszcze nie miałam większych problemów na szczęście, a to dlatego że konsekwentnie trzymam się zasady, aby zawsze zostawiać go w tym samym miejscu - to zawęża pole i skutecznie skraca czas poszukiwań:]

    OdpowiedzUsuń
  3. Marcy lubimy. A za oknem wali śniegiem. Zima, zima cudna zima!...

    ... tylko nie chce sie wychodzić :P

    OdpowiedzUsuń
  4. A ja właśnie jakoś nie przepadam tzn. lubię i szanuję i nie żebym przełączała, jak w radiu leci, ale to po prostu nie jest coś, co sama sobie zapuszczam. Do tego nie lubię, jak ktoś za bardzo uwspółcześnia klasyki. Tym bardziej się więc zdziwiłam, że akurat tak kombinacja mi bardzo przypadła do gustu :]

    OdpowiedzUsuń