Strony

środa, 17 lutego 2010

Kopciuszek i żaba

Udało mi się wreszcie kupić buty, więc dziś je wypróbowałam. Test przeszły całkiem nieźle. Mają tylko jedną wadę, na szczęście całkowicie niezwiązaną z fizycznym komfortem biegania: są różowe (no dobra: biało-liliowo-różowe, ale jednak!!). No ale innych na mnie nie było...
Wczoraj odwilż, która niby miała trochę potrwać, ale dziś znowu mróz. W sumie dobrze, bo przynajmniej nie musiałam się w kałużach taplać, a moje butki wróciły z wyprawy tak samo różowe, jak były (niestety).
Już mi się smutno robiło samej, bo nikogo innego dziś nie spotkałam, ale pod koniec minął mnie jeden taki wysoki-szybko-biegający. Chyba nie powinnam się dziwić, w końcu jest środek tygodnia i normalni ludzie pracują, a nie obijają się tak jak ja.

Nadrabiania zaległości kinowych ciąg dalszy: Księżniczka i żaba, czyli klasyczny Disney. Klasyczny, ponieważ:
  • 2D
  • wykonany techniką ręcznej animacji (tzn. komputerowej, ale ręcznej - wiadomo, o co chodzi, nie?)
  • jest księżniczka i książę
  • oprócz ludzi jest dużo różnych gadających i śpiewających zwierzaczków
  • jest magia (chociaż przybrała postać voodoo)
  • musicalowo, czyli dużo piosenek
  • jest bardziej dla dzieci niż dla dorosłych
Ostatni punkt akurat mi nie przeszkadzał - ja lubię klasyki Disneya w każdej postaci. Chociaż nie wiem, czy my z Rudolfem nie bawiliśmy się jednak lepiej niż te nieliczne dzieci na sali, przyzwyczajone do animacji komputerowej, filmów 3D i fabuły à la Atomówki, które pewnie takiej bajki docenić nie umieją...

Nieklasyczny, ponieważ:
  • akcja jest osadzona w naszym świecie, realnym, konkretnie w Nowym Orleanie początków XX wieku
  • księżniczka nie do końca jest księżniczką
  • książę też dosyć nietypowy jak na Disneya
  • dobry bohater ginie (tzn. ginie i nie ożywa na końcu)
No ale ogólnie to film był dokładnie taki, jakiego się spodziewałam i jaki chciałam obejrzeć. Bez rewelacji, ale i bez rozczarowania, spokojnie można zobaczyć. W oryginalnej wresji dźwiękowej miałby sznasę być lepszy, bo jakoś polski język nie bardzo mi pasuje do bluesa, jazzu, czy co to tam było.
A dla mnie najlepszą bajką Disneya i tak na zawsze pozostanie Mała syrenka i nic jej nigdy nie przebije :)

2 komentarze:

  1. Film spoko - tylko jakos dziwnie bylo jak rodzice z maly dziecmi wchodzili :P

    OdpowiedzUsuń
  2. No przecież ustaliliśmy, że my też jesteśmy rodzice, tylko zgubiliśmy dziecko :P

    OdpowiedzUsuń