Tak mi się ubzdurało, że po powrocie do Krakowa będę biegać w parku Jordana i już się nie mogłam doczekać. Jakkolwiek park Jordana jako miejsce do treningów ma wady np. nie jestem w stanie mierzyć tam dystansu przy użyciu google maps, a żadnego specjalnego urządzenia do takich pomiarów nie posiadam. Poza tym jest dość mały i musiałabym się powtarzać, a tego nie lubię.
Ale olśniło mnie dziś, że przecież zaraz za parkiem Jordana są Błonia! No więc zrobiłam dziś rozpoznanie terenu; przez park Jordana i tak musiałam przebiec, żebym tam dotrzeć, bo zamknęli ulicę Reymana pod Wisłą.
No i całkiem przyjemnie było: znowu wyszło na to, że biegam pod prąd, a wiało tak, że poczułam się prawie jak w Kopenhadze - ale tylko prawie. Ech, brakuje mi jeziorek...
Zdziwiłam się trochę, że dość dużo czasu mi to zajęło. Ale przestałam się dziwić, jak później sprawdziłam mapę. Okazało się, że nie skreciłam tam, gdzie powinnam była i w rezultacie obiegłam całe Błonia aż do Piastowskiej, zamiast przeciąć je w połowie...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz