Strony

czwartek, 28 kwietnia 2011

Karo Movie: baśniowo

Zaczynam podejrzewać, że pływający targ kwiatów jest środkiem ciężkości Amsterdamu. Jakoś tak wychodzi, że jak gdzieś trzeba iść, to wystarczy się znaleźć na jednym lub drugim końcu targu kwiatowego i stamtąd się już dojdzie. Właśnie z jednej jego strony jest Muntplein: plac, który w rzeczywistości jest mostem (tu wszystko stoi na wodzie...), w dodatku najszerszym w Amsterdamie i oznaczonym numerem 1, bo mosty tutaj są numerowane. To jest takie miejsce, gdzie wszystko się kończy i zaczyna: główna ulica w centrum biegnąca przez Dam do dworca, targ kwiatowy, pierścień kanałów, główny deptak handlowo-spacerowy itd. Znajduje się przy nim także bohater dnia dzisiejszego, czyli kino sieci Pathé, konkretnie Pathé de Munt (do tej sieci należy obecnie także Tuschinski, o którym będzie osobno, bo to prawdziwa perła jest). A poszłam do kina, żeby obejrzeć Czerwonego Kapturka.
Ale zanim do właściwiego tematu, to kilka uwag na marginesie:
  1. po polsku chyba się to będzie nazywać Dziewczyna w czerwonej pelerynie, po angielsku klasycznie Red Riding Hood - i tego też się trzymajmy;
  2. ze zwiastunów zapowiada się, że Green Lantern będzie jeszcze lepszą [niezamierzoną] komedią niż Spiderman albo Tranfromers;
  3. kasę w kinie obsługiwała tylko jedna dziewczyna, a mimo to nie było kolejek - bo obok stało sobie sześć samoobsługowych automatów, w których widz sam może sobie wybrać miejsca i kupić bilety.
A wracając.

Gdzie?

Takie klasyczne, baśniowe wszędzie i nigdzie: jakaś mała wioska na skraju lasu. Otoczona wysokimi górami o niedostępnych, ośnieżonych stokach. Odcięta od świata i stanowiąca małe uniwersum dla mieszkańców, którzy mają tam wszystko, co potrzebne, więc nie muszą szukać dalej. I nawet towarzystwo wilka specjalnie im nie przeszkadza.

Kiedy?

Dawno, dawno te... Hmm, a może jednak nie tak dawno...? Może raczej ze dwieście albo trzysta lat temu... W sumie ciężko stwierdzić - żadnych dat, postaci histrycznych, nic w tym rodzaju. Co tylko jeszcze bardziej podkreśla klimat baśniowości, skoro opowieść dzieje się jak gdyby poza czasem. No, w każdnym razie w czasach, kiedy na świecie żyły wilkołaki.

Co?

A wszystko. Groza - wilk, a właściwie wilkołak. Romans - trójkąt(y). No i baśn. Baśń, w mojej opinii, zinterpretowana całkiem sensownie i ciekawie. Niestety nie bardzo mogę uchodzić za eksperta, bo niespecjalnie pamiętam, jak to dokładnie u Grimmów było. Dziwne, zważywszy moje zamiłowanie do baśni, bajek, legend itp. ale nigdy nie czytałam oryginalnych baśni braci Grimm, tylko jakieś tam przerobione dla dzieci wersje. Niedawno, zdaje się, wyszło jakieś nowe, lepsze tłumaczenie - dobry pretekst, żeby to zaniedbanie nadrobić.

Jak?

Technicznie dobre. Bardzo ładne zdjęcia. Dobra muzyka. Amanda Seyfried bardzo mi się podobała; postaci drugoplanowe też w porządku, z tym jednym wyjątkiem, że Gary Oldman, który zazwyczaj świetnie wypada w rolach fanatyków, tutaj jakoś się nie popisał i wyjątkowo nie zdominował ekranu w scenach, w których się pojawiał. Dekoracje niby stylizowane na coś prawdziwego, ale z naciskiem na stylizowane - co uznaję za zaletę, bo dobrze się wpisuje w klimat i konwencję osadzenia opowieści tak trochę poza naszą rzeczywistością.
A klasyczna scena, w której Kapturek zadaje uświęcone tradycją trzy pytania: Babciu, a dlaczego ty masz takie duże oczy / uszy / zęby? - jest po prostu mistrzowska!
Podsumowując: klasyczne w formie, świeże w interpetacji, a poza tym całkiem niezła rozrywka. Warto zobaczyć.

No to teraz czekam na obie Królewny Śnieżki - powstają aż dwie filmowe ekranizacje i obie zapowiadają się obecująco.

Skoro przy bąsniach jestem... Jako zdeklarowana fanka Disneya postanowiłam dłużej nie omijać Zaczarowanej, czyli disneyowskiej autoparodii. Jakoś nie byłam przekonana i nastawiona zbyt pozytywnie, ale film się broni. Mimo że tak naprawdę jest to kolejna klasyczna disneyowska opowieść, przyprawiona o kilka niezłych smaczków - takich jak scena, w której bohaterka przywołuje miejską faunę, aby pomogła jej wykonać domowe obowiązki zestawiona z wcześniejszym obrazem leśnych zwierzątek, którymi księżniczki tradycyjnie wysługują się w takich przypadkach. Miałam jednak nadzieję, że rzeczywiście będzie to odczarowanie stereotypu, a nie jego potwierdzenie - niestety, w tym zakresie się rozczarowałam.
Ogólnie: można obejrzeć, ale nic specjalnego, potencjał raczej niewykorzystany.

Dla kontrastu: polecam DysEnchanted , czyli interesującą krótkometrażówkę o tym, jak siedem disneyowskich księżniczek (plus jedna współczesna pani domu dla równowagi) wylewa swoje żale u psychoanalityka.

No i jeśli ktoś nie widział Zaplątanych, to już są na DVD, polecam. Ta bajka chyba już bardziej odczarowuje klasyczną disneyowską fabułę. A do tego także pod innymi względami jest niesamowicie podobna do mojej ukochanej Małej syrenki, więc może dlatego tak mi się spodobała. Ale to jest temat na osobny esej, felieton albo i pracę dyplomową.
Muzykę do obu skomponował Alan Menken, czego dobrą próbką jest zaplątany Kingdom dance:

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz