Kiedy ostatnio przyjechali Marek z Dominiką, chciałam ich odebrać z dworca. Byłam już w drodze, kiedy padło metro: wsiadłam, przejechałam dwie stacje, po czym usłyszałam, że jakaś awaria, blokada, czy jeszcze inna cholera i koniec wycieczki. Tramwaje też stały (poza centrum jeżdżą po tych samych torach co metro), a autobusy w moich okolicach jakieś są, ale nie dojeżdżają do centrum.
Na szczęście trafić do mnie prosto: tramwajem czy metrem, wsiada na dworcu, a że oba zaczynają tam trasę, to nie da się nawet pojechać w złym kierunku.
Gosię i Weronikę miałam dziś odwieźć na dworzec i powłóczyć się z nimi trochę przed odjazdem. Ale... Na stacji metra zostałyśmy poinformowane, że żadne środki komunikacji miejskiej dziś nie jeżdżą. Pracownicy GVB zaplanowali akcję protestacyjną przeciwko cięciom budżetowym i przez pół dnia strajkowali.
Plan awaryjny zakładał dotarcie pieszo do najbliższej stacji kolejowej - niedaleko, ale z bagażami nieporęcznie. Doturlałyśmy się na miejsce, ale okazało się, że nie kursują stamtąd pociągi na dworzec główny, przynajmniej nie bezpośrednio. Można dojechać, owszem, ale trzeba się wrócić i pojechać najpierw na Amsterdam Schiphol (lotnisko) i stamtąd dopiero na Amsterdam CS.
Wsadziłam dziewczyny do pociągu, dojechały szczęśliwie.
A propos podróży komunikacją miejską: spotkałam niedawno na przystanku dziewczynę, Polkę. Miała problemy z biletem, coś jej tam próbowałam pomóc i wytłumaczyć - przez pierwsze kilka minut po angielsku, bo ja zazwyczaj nie rozpoznaję ludzi po akcencie, więc chwilę nam zajęło ustalenie, że w tym wypadku można prościej. Była tak roztrzepana (w bardzo pozytywnym sensie, ale jednak), że wątpię, czy coś do niej dotarło. Jechałyśmy w jednym kierunku, więc pokazałam jej też gdzie ma wysiąść i którędy iść, żeby dotrzeć do Tuschinskiego (kino). W tramwaju w ciągu jakichś 15 minut sympatyczna i wygadana Patrycja zdążyła mi opowiedzieć sporą część swoich przygód i zbiegów okoliczności, które sprawiły, że aktualnie wylądowała w Amsterdamie, a po drodze wskazać najfajniejsze kawiarnie, puby i kluby, których przez kilka tygodni zdążyła poznać więcej niż ja przez kilka miesięcy.
Ale najlepsze było:
Patrycja: A co studiujesz?No i jak tu się nie cieszyć? A ciąg dalszy też niezły:
Karo: Informatykę.
P (szczerze zdumiona): O! - Mierząc mnie wzrokiem z góry na dół - A nie wyglądasz!
P: Wyglądasz raczej jak jakaś artystyczna dusza... - Pluszowa marynarka mojej mamy, naszyjnik z muszli od taty i aparat przewieszony przez ramię zrobiły swoje.
K (ubawiona już na całego): Dziękuję, potraktuję to jako komplement.
P (niepewnie, trochę zmieszana): No tak, tak...
Bo nie wyglądasz, jak osoba studiująca informatykę :P Kiedyś Ci mówiłem, że na popkulturze wpierw myśleliśmy, że jesteś z polonistyki, a później, że jesteś z SMP ;)
OdpowiedzUsuńAle taki wniosek wymaga założenia, że osoby - a już w szczególności dziewczyny - studiujące informatykę mają wspólny mianownik i jakoś konkretnie wyglądają. Ok, jest pewien stereotyp, ale on raczej nie dotyczy dziewczyn, bo sam fakt że taka studiuje informatykę jest wystarczającym ewenementem i w związku z małą liczbą studentek ten stereotyp się nie zdążył wykształcić :] A przynajmniej tak mi się wydawało...
OdpowiedzUsuńNo i jeśli ja "nie wyglądam", to większość moich koleżanek z roku tym bardziej, co znowu przeczy tezie, że studentki informatyki mają jakieś cechy charakterystyczne, po których można je rozpoznać ;)
Powiem (napiszę?) tak. Te dziewczyny, które ja znam i które studiują informatykę, są bardzo charakterystyczne ;) Moim celem nie jest obrażenie, ani urażenie, niczyich uczyć, ale muszę stwierdzić, że Ty wyglądasz normalnie ;) Masz swój styl, który nie bije po oczach i nie sprowadza do parteru, ale wciąż jest intrygujący i oryginalny, co zresztą potwierdziła Twoja rozmówczyni ;)
OdpowiedzUsuńNo, moje koleżanki z informatyki też są, wydaje mi się charakterystyczne - ale każda na swój oryginalny sposób i w takim sensie, że właśnie nikt nie stwierdziłby, że studiują akurat informatykę :D Dlatego się dziwię.
OdpowiedzUsuń