Wycieczka na wydział. Poszłam tam, żeby donieść mój wykaz ocen, bo wcześniej wysłałam tylko skan mailem, a chcieli oryginał. Po drodze non stop musiałam sobie przypominać, że chodniki wcale nie są takie duże, na jakie wyglądają i ten krawężnik na środku coś oznacza, a mianowicie granicę ze ścieżką rowerową. Naprawdę trzeba uważać, żeby nie zostać rozjechanym. A teraz i tak nie jest źle, bo na razie jest mało ludzi (studenci jeszcze nie zjechali), tłok się zrobi za tydzień albo dwa. Ale wtedy, mam nadzieję, ja będę już należeć do tej pedałującej części społeczeństwa.
Akademicko-naukowa część kampusu jest trochę oddalona od części mieszkalno-rozrywkowej, ale niedalego - spacerkiem 15 minut; no, może 20, bo jeszcze się trzeba nachodzić po tych budynkach, a trochę ich tam jest i są duuuże. W drodze na wydział przypadkiem trafiłam na uniwersytecki ogród botaniczny; trochę się po nim pokręciłam, ale niezbyt dokładnie - będzie jeszcze na to czas.
Poznałam Greetje, jedną z dwóch International Relations Officer na moim wydziale. Wcześniej mailowałam z nią sporo, to od niej dostawałam wszelkie informacje i do niej wysyłałam pytania. Jeszcze zanim tu przyjechałam, bardzo mi pomogła, więc stwierdziłam, że jakiś wyraz mojej wdzięczności byłby na miejscu i przywiozłam jej wedlowskie ptasie mleczko.
Po drodze pozwiedzałam sklepy przy głównej ulicy. Miła niespodzianka: jest nieźle, to znaczy ceny są w miarę normalne - czasem drogo, ale przeważnie jednak rozsądnie i spokojnie da się kupić większość produktów za jakieś przyzwoite pieniądze. A ponoć supermarket, w którym byłam do najtańszych nie należy, więc jak poszukam, to powinnam znaleźć jeszcze sensowniejsze miejsca. Póki co znalazłam adresy trzech polskich sklepów w Amsterdamie, z czego dwa są nawet nie tak daleko mnie, ale nie na tyle blisko, żeby na przykład co drugi dzień chodzić tam po pieczywo (chociaż tutejsze nie jest złe, da się coś wybrać). Ale jeśli dorobię się roweru, to pewnie raz w tygodniu będę sobie tam robić wycieczkę, jeśli nie po chlebek, to po twarożek, bo tu białego sera w czystej postaci nie znają.
Wspólne kuchnie z dużym stołem są fajne. Kiedy ja poszłam sobie zrobić herbatę, Anna-Chiara i Rosen właśnie pili kawę. A gotując obiad poznałam nowych lokatorów.
Kolejny wieczór w tutejszej Café. Z ciekawostek: piwo podają w szklankach 0,25l (ale o tym już zdążyłam się przekonać przy poprzedniej wizycie, więc tym razem byłam mentalnie przygotowana); najtańszym piwem, które podają, jest Heineken; szklanka kosztuje 2€, ale z kartą ESN 1,50€, więc już wiem, dlaczego wydałam na nią 5€ - szybko się zwróci :] ale najlepsze jest to, że wracając z piwa nie śmierdzę papierosami, bo tu NIE PALĄ (przynajmniej nie tytoń...)!!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz