Kluczowym słówkiem w tym zdaniu jest fiets, czyli rower.
Rowery (używane) sprzedawane na wyprzedażach orgnizowanych dla studentów przez uczelnię są tak o 1/3 albo nawet 1/2 tańsze niż te, które można znaleźć w pierwszym lepszym warsztacie, przy czym to dalej jest dużo. Ale, jak się okazuje, nie należy szukać w pierwszym lepszym zakładzie właśnie, a trochę dalej i można znaleźć jeszcze [pojęcie względne] tańsze. Bo tak to tutaj działa: ludzie wynajdują i skupują używane rowery, które następnie reperują i odsprzedają.
Od dziś jestem więc dumną posiadaczką jednośladu:
W prezencie dostałam blokadę na tylne koło, co razem z moim zapięciem daje podwójne zabezpieczenie - ciekawe czy to wytarczy? Z jednej strony, nie wiem, kto chciałby ten rower kraść, bo - mimo że po tuningu - jest trochę sfatygowany (teoretycznie ma trzy biegi, ale zmiana przerzutek jakoś nie przekłada się zmianę oporu... Specjalnie mi to nie przeszkadza, bo w tym płaskim kraju jedyne górki to mostki na kanałach); chociaż w porównaniu z niektórymi, które stoją na kampusie, mój rzeczywiście robi pozytywne wrażenie. Z drugiej - ponoć należy przyjąć do wiadomości i psychicznie się nastawić, że rower zostanie ci tu skradziony średnio trzy razy w ciągu roku; więc używam obu zamków.
Wnioski i wrażenia z pierwszej przejażdżki: ścieżki są wszędzie - można jechać główną, ruchliwą ulicą, ale co z tego, kiedy oddziela cię od niej pas zieleni; w dodatku są szerokie i w miarę dobrze utrzymane; fajnie, że rowerzyści mają własne znaki, światła, przejazdy itd. ale jednak to jest coś, do czego trzeba się przezwyczaić - inaczej się skręca na dużych skrzyżowaniach, trzeba pamiętać o wciśnięciu guzika na światłach itp.
Dziś na uczelni blok językowo-kulturowy.
Wykład o Holandii i Holendrach, o stereotypach i postrzeganiu przez obcokrajowców. Ciekawy.
I pierwsza lekcja niderlandzkiego - fajna zabawa. Wreszcie język, który coś (konkretnie: niemiecki) przypomina, a nie wygląda i brzmi jak kamienie - umiem już więcej niż przez pół roku nauczyłam się po duńsku. Niestety dalsza nauka we własnym zakresie, bo uczelnia oferuje tylko płatne kursy, w dodatku krótkie, ośmiotygodniowe, tak tylko żeby złapać podstawy. Na kursie znowu usiadła koło mnie Polka, tym razem ta, którą spotkałam, załatwiając internet.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz