Strony

piątek, 21 maja 2010

Obwarzanek zjedzony w Krakowie NIE TUCZY

Bardzo mi się podoba takie podejście.

Bo ja obwarzanki krakowskie wprost uwielbiam.
Kiedy jeszcze nie studiowałam, a ktoś z mojej rodziny jechał do Krakowa, to miał obowiązek przywieźć mi obwarzanka i potrafiłam być bardzo zła lub smutna, jeśli przypadkiem zapomniał.
A kiedy zaczęłam studia, to przez pierwsze pół roku nie jadałam innych śniadań, prawie codziennie był obwarzanek. Tak mi oczywiście nie zostało, ale też do końca nie przeszło, a ostatnio (tzn. po dłużej absencji w Krakowie) nawet to moje uwielbienie znów się nasiliło. I nie zamierzam się przejmować, bo przecież krakowski obwarzanek zjedzony w Krakowie nie ma kalorii!

A propos trwających warunków pogodowych, to tak mnie naszła myśl, że jak pojechałam do Kopenhagi, to mięli tam zimę stulecia; przyjechałam do Krakowa - powódź; powinnam chyba zacząć się obawiać, co może się zdarzyć w Amsterdamie...

2 komentarze:

  1. Też tak miałam, że jak ktoś jechał do Krakowa to obwarzanek był obowiązkowy. Swoją drogą obwarzanek na śniadanie - fajny pomysł... jakoś nigdy nie pomyślałam, zawsze był tylko zagryzką.

    A Katie nie lubię. Nasłuchałam się jej strasznie w klasie maturalnej i po tym nasłuchaniu zauważyłam, że robi ona tragiczne podjazdy przy dźwiękach. Czego nie znoszę. Ale Ci panowie się śmiesznie stukają klatami na dzień dobry ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja niestety nie mam tak dobrego ucha jak Ty, więc nie słyszę dobrze, co ona robi a czego nie ;) Z czego korzyść taka, że czasem jakaś jej piosenka mi się spodoba :)
    A ponowie jeszcze lepiej niż się stukają, skaczą do rytmu z tymi kijami :D

    OdpowiedzUsuń