Oczywiście kobiet brak (wczoraj, jak już kończyłam, to pojawiła się jakaś dziewczyna, ale dziś jej nie było).
Zastanawiałam się, co można robić na siłowni przez dwie godziny i nie zanudzić się przy tym. Okazuje się, że to wcale nie takie trudne. Dostałam rozpiskę ćwiczeń, każdego po 2-3 serie, pomiędzy przerwy i rzeczywiście jest tego tyle, że czas płynie. Ćwiczenia są różnorodne, jakieś radio (nie najlepsze, ale zawsze) gra sobie w tle - w sumie całkiem przyjemnie.
Ja w dodatku wprowadzam pewnien element zamieszania, burząc panujący porządek.
Wszystkie urządzenia skracam do minimum, a czasem i tak jeszcze brakuje i przydałoby się trochę bardziej, ale już się nie da. A potem wszyscy panowie po mnie muszą przestawiać z powrotem.
Niektóre obciążenia reguluje się szybko, przepinając tylko jakąś śrubkę; ale nie wszystkie, bo są też takie machiny, na które nakłada się dodatkowe obciążenie w postaci ciężarków. I tak na przykład, ćwicząc dziś według planu, doszłam do ćwiczenia na uda, a na urządzeniu widzę duuużo wielkich, kolorowych i przede wszystkim ciężkich kół - ja nie wiem, ile tam było, ale łącznie chyba jakieś setki kilogramów. A ja na tym przyrzadzie ćwiczę na razie bez żadnego obciążenia w ogóle... Poprosiłam więc grzecznie panów, ażeby pomogli mi - a raczej zrobili to za mnie - zdjąć całe to żelastwo.
I tak sobie leci na razie.
Z wczorajszego wieczoru filmowego - to drugi utwór śpiewany ze ścieżki dźwiekowej do
Karmelu. Wolę
Succar ya banat, ale to już było, więc tym razem:
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz