Strony

wtorek, 14 czerwca 2011

Brak słów

Z ortografią i interpunkcją dalej nie mam problemów. A jeśli mam, to jestem ich świadoma i w razie wątpliwości sprawdzam SJP.
Anglicyzmów staram się unikać jak ognia. A jeśli używam, to też świadomie, najczęściej gdy sprawa dotyczy słownictwa technicznego, rzadziej - przedrzeźniania popularnych wstawek.
Akcent też mi się nie zmienił (o ile sama mogę stwierdzić). Nie mieszkam w kraju anglojęzycznym, więc nie ma dominującego, oryginalnego akcentu, który by przeważał. Mimo iż mówię po angielsku na co dzień, to rozmawiam z ludźmi z całego świata, z których każdy mówi w inny sposób.
Problemem natomiast okazały się związki frazeologiczne, i to niekoniecznie idiomy, ale proste kolokacje, a czasem wręcz pojedyncze słówka, na których potrafię się zawiesić. Zaczynam się zastanawiać, czy to na pewno się tak mówi, czy ja to sobie wymyśliłam i po prostu przełożyłam dokładnie z angielskiego. Czy fałszywy przyjaciel to kolejny false friend, czy jednak funkcjonuje w języku polskim (poza Wikipedią) w takim właśnie znaczeniu?

Od ładnych paru lat moim sposobem na uczenie się angielskiego stało się oglądanie filmów i czytanie książek w oryginale. Może, będąc za granicą, należałoby dla równowagi zacząć oglądać jakiś polski serial (grr, automatycznie brzmi jak synonim telenoweli)? tudzież nieangielski z polskim lektorem / dubbungiem? czytać książki polskich autorów? częściej słuchać poslkiego radia?
W każdym razie - trzeba się pilnować.

7 komentarzy:

  1. "Klan" oglądaj :D

    A serio: to się samam zastanawiam na ile nie powinno się spolszczać techniczne słownictwo. A może w ogóle nie spolszczać - tylko stosować same te słowa?...

    ściski:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Kwestia płynna i chyba nie do uregulowania odgórnie, niestety :| Trzeba na wyczucie, wydaje mi się.

    Taaa, "Klan", jasne :P Doszłam do wniosku, że w sumie nie musi być polski, ale po prostu nieangielski (np. szwedzki "Wallander" by się nadał), bo wtedy automatycznie będą konieczne polskie napisy / lektor.

    OdpowiedzUsuń
  3. Hmm.... ale żeby szwedzki.... toż prawie jak niemiecki (z lekarzami z górskiej doliny i psami policyjnymi w roli głównej) :D

    nie no żartuję, chodzi mi bardziej o język - szwedzki jest zaraz po niemieckim drugim moim nieulubionym dla ucha językiem.

    OdpowiedzUsuń
  4. Kpisz sobie, czy jak?! Praca ci się na mózg rzuciła i zaburzyła postrzeganie ;P Szwedzki brzmi przepięknie, jest taki... śpiewny...? oni mają taki miękki, melodyjny akcent.
    A do niemieckiego przestałam być uprzedzona, kiedy na kilka tygodni pojechałam do Niemiec na wymianę, do takiego miasteczka na południu, gdzie mieszkańcy też mieli taki ładny, całkiem przyjemny dla ucha, miękki akcent - zupełnie nie taki twardy i szczekający, który się od razu z niemieckim kojarzy.

    A szwedzkie (skandynawskie w ogóle) kino i literatura są rewelacyjne! Z filmami nawet u nas nie jest tak źle, ale jeśli chodzi o książki, to dopiero od niedawna mamy okazję się o tym przekonywać, bo do niedawna bardzo rzadko cokolwiek było na polski tłumaczone i wydawane.

    OdpowiedzUsuń
  5. Nie bynajmniej nie jest ze mną tak źle :P Twarde języki są blee :P

    Co innego takie piękne, miękkie ala francuski :)

    Co do szwedzkiego kina - jest specyficzne ;) Bardzo miło mnie zaskoczyli.... http://sixdrummers.com/ (nie pamietam tytułu ale Ci panowie i Pani tak grali na wszystkim)

    OdpowiedzUsuń
  6. Ciekawi mnie jak Ty czytasz książki po angielsku. Od deski do deski bez słownika? Tłumacząc każde słowo którego nie znasz? Tłumacząc tylko te słowa, bez których nie rozumiesz kontekstu?

    U mnie opcja pierwsza odpada, bo przy książce nietechnicznej mój angielski trochę niedomaga. Opcja druga jest męcząca i znika przyjemność z czytania. Opcja trzecia jest sprzeczna z moim perfekcjonizmem, który dąży do opcji pierwszej bądź drugiej.

    Będę wdzięczny za wszelkie sugestie! :)

    OdpowiedzUsuń
  7. To zależy od książki. Jeśli to jakaś lekka lekturka, to przeważnie bez słownika zupełnie, bo nawet jeśli się tam zaplącze jakieś nieznane słówko, to przelatuję, chociaż tego nie lubię, bo mnie to potem męczy i chodzi za mną :]
    Ale generalnie, jeśli nie mogę się domyślić z kontekstu, to staram się tłumaczyć - a w zasadzie nie moge się powstrzymać. Ale jeśli okazuje się, że co chwila muszę zaglądać do słownika, to odkładam książkę, bo to nie ma sensu i, jak zauważyłeś, traci się całą radość czytania. Chociaż czasem wystarczy przebić się przez dwa, trzy rozdziały i potem już idzie, bo książka ma swoje specyficzne słownictwo i składnię. Na przykład: "Pride and Prejudice" jest naszpikowana jakimiś wymyślnymi frazami, ale cały myk w tym, że one się powtarzają i po pewnym czasie przywykasz. Więc jeśli masz trochę cierpliwości i samozaparcia, to warto, bo naprawdę im dalej, tym łatwiej. Jeśli przeczytasz dwa kryminały Agathy Christie, to z trzecim już absolutnie nie będziesz mieć problemu, bo to są te same realia. Ja też mam taki zwyczaj, że jeśli książkę naprawdę lubię, to czytam ją ponownie. I czytanie po angielsku książek, które już czytałeś po polsku, też bardzo ułatwia sprawę, bo wiele pamiętasz i o wiele więcej jesteś się w stanie domyślić, czyli mniej trzeba sprawdzać.
    Są czasem takie wydania, które są dwujęzyczne: na jednej stronie po polsku, a obok w oryginale i wtedy nie trzeba szukać daleko, ale to niestety są pojedyncze książki. Dlatego też m.in. chce mi się e-czytnika, bo nie musisz się odrywać od lektury, żeby coś sprawdzić (i tu się okazuje, że dobrze działający ekran dotykowy w takim urządzeniu, to wcale nie jest zbędny bajer!).
    Ostatnio czytałam "Jonathan Strange & Mr. Norrell" i właśnie raz, że już to czytałam po polsku, a dwa że im dalej, tym mniej musiałam sprawdzać, bo słówka były związane z typem książki, rodzajem historii i czasami, w których dzieje się akcja, więc te same określenia pojawiały się wielokrotnie. Średnio na początku chyba miałam ze 2-3 słowka na stronę, które przeważnie sprawdzałam, ale potem coraz mniej, bo przyzwyczaiłam się, że wszystko co magiczne jest tak niesamowite, że aż straszne (eerie), angielska pogoda każdego wprawia w przygnębienie (downcast) itd.
    Bardzo fajnie się czyta wszelkie baśnie, legendy i bajki (pod tym względem np. "Harry Potter" zyskuje niesamowitą wartość edukacyjną :D), które ja akurat uwielbiam, więc dobrze się składa, bo one z definicji są pisane tak, żeby łatwo było zrozumieć; zawsze znajdzie się tam coś nowego, ale nie za dużo, nie na tyle, żeby zniechęcić. Powieści historyczne - albo w ogóle takie książki osadzone w jakimś konkretnym czasie / miejscu / świecie - są dobre, bo to ogranicza słownictwo do pewnego charakterystycznego zbioru; z drugiej strony, na poczatku jest przez to trochę więcej pracy, ale im dalej tym łatwiej, a jeśli czytasz też po to, żeby się uczyć, to zdecydowanie warto. Wniosek z tego wydaje mi się jest taki, że warto czytać serie, bo każdy kolejny tom wchodzi łatwiej.
    Stosuję tę filozofię także do seriali i filmów tzn. włączam pauzę i sprawdzam, bo mnie wkurza, kiedy nie rozumiem na przykład, że według Sheldona wszystko jest preposterous, bo to akurat może znaczyć cokolwiek.
    I powiem ci, że to działa, bo przez ostatni rok naprawdę zauważyłam u siebie, że potem wyłapuję te słówka w kolejnych filmach i książkach i pamiętam, że się ich nauczyłam, wiem co znaczą. I nie jest to tylko znajomość bierna - zaczynam ich też czasem używać.

    OdpowiedzUsuń