Strony

czwartek, 16 czerwca 2011

16 20*

Nie wiedziałam, że idea i instytucja World Press Photo wywodzi się z Holandii. Tegoroczną wystawę już drugi miesiąc można oglądać w Amsterdamie i wreszcie na nią trafiłam. Zdjęcia wiszą w oryginalnej scenerii, to znaczy we wnętrzach Starego Kościoła (który już od dawna nie pełni roli świątyni, ale funkcjonuje właśnie jako galeria).
Sam konkurs z sezonu na sezon wywołuje u mnie coraz bardziej mieszane uczucia.
W zeszłym roku miałam nadzieję, że wrócił do dobrych tradycji: zdjęcie, które wygrało, było zarówno piękne - najzwyczajniej w świecie po prostu piękne - jak i wymowne - przepełnione treścią, której nawet nie trzeba było czytać z dołączonego opisu, ale wystarczyło tylko spojrzeć i od razu widać było, że coś ważnego za tym stoi, że coś wielkiego się tam dzieje.
W tym roku zwyciężyła fotografia, które nie jest niczym innym jak sztucznie przestylizowanym portretem. Owszem, historia, która stoi za tym zdjęciem, jest przejmująca. Ale to, co rzuca się w oczy, to po prostu okaleczenie i chociażby nie wiem jak bezdusznie to zabrzmiało, to nie uważam, żeby to był wystarczający powód do wyróżnienia tej fotografii. Nawet nawiązanie do najsłynniejszej chyba okładki National Geographic w żaden sposób nie wzbogaca tego portretu, a wręcz przeciwnie, jeszcze bardziej go spłyca. Bo o ile w oczach młodej Afganki na zdjęciu Steve'a McCurry widać milion emocji i można się co najwyżej domyślać, co ona przeszła, o tyle na portecie dziewczyny z tegorocznej edycji World Press Photo jest to pokazane czarno na białym. Tak, to jest ważne zdjęcie, którego treść budzi współczucie, ale czy to jest wystarczający powód, żeby je nagradzać i aż tak promować?
Anyhow... Było kilka zdjęć, które zrobiły na mnie wrażenie np. Julian Assange, Kim Jong-il, cykle Metropolis oraz irlandzkie festyny. Ale było też sporo, które w moim mniemaniu nagrodzono bardziej za to, co przedstawiają (wojny, konflikty, trzęsienia ziemi, powodzie), a niekoniecznie jak to przedstawiają. To jest reportaż, nasza globalna pamięć, ja rozumiem, treść jest bardzo ważna; ale przy tym to jest jednak konkurs fotograficzny i uważam, że forma powinna być równie istotna. A tu się niestety zawiodłam, nawet w kategoriach sport czy natura, gdzie przeważnie dominowały fotografie wzbudzające niekwestionowany zachwyt.
Ciekawostką są zdjęcia górników uwięzionych przez ponad dwa miesiące w chilijskiej kopalni. Oczywiście totalnie nieprofesjonalne, ale wykonane z humorem i widoczną nadzieją.

---------------------------------------
* Co prawda 18 18 ładniej wygląda, ale chyba wolę być wieczną szesnastką.

Kiedy byłam w Kopenhadze, poznałam W., studentkę z Warszawy, i okazało się, że obchodzimy urodziny tego samego dnia.
Otóż moja sąsiadka tu w akademiku w Amsterdamie, Włoszka z pokoju obok, też ma dziś urodziny.
Jakie są szanse...?!

4 komentarze:

  1. Ale ponizej szesnastu to juz nie schodz :P

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie, nie, 16 jest optymalne, poniżej to już za bardzo dzieciate :]

    OdpowiedzUsuń
  3. A wbrew pozorom całkiem duże. Zakładając że masz koło 20 paru sąsiadów to szanse masz koło 50% że ktoś ma urodziny tego samego dnia :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Sąsiadów mam trochę mniej. I jakoś nie chce mi wyjść, że prawdopodobieństwo jest tak duże (bo przecież chodzi nie o to, że dwie dowolne osoby mają urodziny tego samego dnia, ale że ktoś ma dokładnie tego dnia co i ja, tzn. dzień jest ustalony na konkretną datę, a nie dowolny i to chyba robi różnicę...). A w ogóle to bardziej chodziło mi o to, że przez ćwierć wieku nie spotkałam nikogo takiego, a na każdym wyjeździe znajduję kolejną osobę.

    OdpowiedzUsuń