Strony

sobota, 28 maja 2011

Rotterdam

Wycieczka - dla odmiany - nie rowerem, a pociągiem (do Rotterdamu), pieszo (po mieście), windą (na wieżę widokową) i statkiem (po porcie). W dodatku grupowa i zorganizowana (przez uniwersytecki ESN).
Zdecydowałam się, bo do Rotterdamu na rowerze na pewno bym nie dotarła, a chciałam to miasto zobaczyć.

Uzasadniona chyba będzie analogia, że Rotterdam do Amsterdamu ma się jak Warszawa do Krakowa.
Po pierwsze: Kraków jest lepszy.
Po drugie: Kraków jest lepszy.
Po trzecie: nie taka Warszawa szara, jak ją malują, ale Kraków i tak jest lepszy.

Rotterdam jest na pewno inny. Nie tylko inny niż Amsterdam - inny chyba niż każde miasto w Holandii, jakie dane mi było do tej pory zobaczyć, bo wszystkie ona miały jakiś wspólny mianownik, którego tu brakuje. W Rotterdamie wszystko jest większe, nowsze, niby mniej historycze, a jednak bardziej naznaczone historią [najnowszą].
Na pierwszy rzut oka wyróżnia się architekturą, która jest... ciekawa - jak i całe miasto zresztą. Rotterdam, tak jak Warszawa, miał tego pecha, że dość mocno mu się oberwało podczas II wojny światowej. (W dodatku szkody mogły być o wiele mniejsze, ale Niemcom zaszwankowała komunikacja i do atakujących z opóźnieniem dotarły informacje o prowadzonych już z rządem Niderlandów rozmowach. Nie dotarły do nich także na czas rozkazy, że mają już przestać bombardować miasto - w związku z czym burzyli dalej.) Efekt jest taki, że oprócz bardzo nielicznych budynków cała architektura w mieście jest powojenna. I nie tylko jest nowa, ale na dodatek awangardowa, dziwna. Brzydka czy ładna - kwestia gustu. A więc, no... ciekawa.
Co więcej: Rotterdam to port. Od pewnego czasu to już nie jest miasto portowe - to przeogromny port, w którym gdzieś tam w głębi można doszukać się miasta. Stosy kontenerów piętrzą się na brzegach, które zdają się biec w nieskończoność. Do tej pory o takich rzędach wielkości myślałam w kategoriach góry, lasy, morza - w każdym bądź razie jakieś cuda natury, a nie sztuczny twór człowieka.

Podsumowując: warto było, bo właśnie tego oczekiwałam - atrakcji innych niż w każdym miasteczku Holandii, innej skali, innych wartości, innych efektów i wrażeń.

Myślałam, że spóźnię się na dzisiejszą Listę osobistą, ale pan Metz był tak uprzejmy i puścił wywiad z Myslovitz dokładnie w momencie, kiedy wróciłam i zaczęłam słuchać radiowej Trójki. A bardzo chciałam słuchać, bo miały być przedpremierowo utwory z nowej płyty. Spodziewałam się, oprócz pierwszego singla, może dwóch, trzech piosenek. A tu niespodzianka: wszystkie utwory po kolei - omówione (kto słowa, kto muzykę, jakie były inspiracje itd.) i zaprezentowane na antenie.
Wrażenia: mieszane, z przewagą pozytywnych.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz