Nie wiem, z jakiej okazji, ale tu u mnie już od dziś, a nie dopiero od piątku grają nowych
Pratów z Karaibów: Na nieznanych wodach. W każdym bądź razie skorzystałam i poszłam obejrzeć. Był też inny powód, dla którego chciałam iść do kina na ten właśnie film: grają go w Tuschinskim, w dodatku w dużej sali. I tutaj też się okazuje, jak dobrze mieć wreszcie sąsiadkę Holenderkę, bo to właśnie od niej dowiedziałam się, że to kino to coś specjalnego, a nie kolejny multipleks jakich wiele. Teraz jeśli chcę zobaczyć film, to w pierwszej kolejności sprawdzam, czy grają go właśnie w tym konkretnym kinie.
Tuschinski (to od Abraham Icek Tuschinski - Żyd, polskiego pochodzenia, założyciel pierwszych kin w Rotterdamie i kolejnych Amsterdamie, w tym właśnie otwartego w 1921 Theater Tuschinski) robi niesamowite wrażenie. Żadna ze mnie znawczyni architektury, ale piewsze moje skojarzenie to secesja i chyba nawet trafione, bo styl tego budynku określany jest jako kombinacja Art Nouveau, Art Deco i Amsterdam School. Tuschinski musiał być wizjonerem, bo na jego zamówienie zaprojektowano budynek, który pod względem wystroju, dekoracji i atmosfery robi wrażenie teatru z początków ubiegłego wieku (na przełomie wieków został odrestaurowany i przywrócony do pierwotnego stylu po wcześniejszych zmianach), ale pod względem topologii przypomina jak najbardziej współczesny kinopleks. W środku dosłownie można się zgubić, ale i zatracić w podziwie. Słów mi brak, żeby opisać - a prawdopodobnie także odpowiedniej wiedzy i znajomości pojęć z zakresu architektury i sztuki, bo same wrażenia wizualne nie oddadzą tej atmosfery. Nawet łazienka miała w sobie nutę dekadencji.
Główna sala, zwana dużą, nie jest może jakaś specjalnie wielka - wcale też nie jest mała, po prostu na pierwszy rzut oka nie wydaje się ogromna. Za to wystrojem przypomina bardziej teatr lub operę, a ponadto oprócz tradycyjnych rzędów foteli są też loże wokół, a nad nimi jeszcze dwa piętra balkonów. Oglądanie filmu w takiej atmosferze to jest naprawdę atrakcja sama w sobie.
A co do samych
Pratów...
Na nieznanych wodachnie jest nudne, jak
Skrzynia umarlaka. Nie jest też tak napuszone i napompowane efektami jak
Na krańcu świata. Mniej efektów, więcej charakterów. Może nawet za dużo... Postaci drugoplanowe są dobre, ale jest ich sporo, przez co robi się trochę tłoczno i trochę mało miejsca dla kapitana Jacka Sparrowa. Niby jest wątek przewodni, czyli owa fontanna młodości, za którą wszyscy się uganiają, ale jakoś tak rozproszony przez prywatne motywy bohaterów.
Jest kilka scen godnych zapamiętania. Sporo ekwilibrystycznych pojedynków, mniejszych i większych, w tym także pojedynki charakterów. Znalazł się nawet, o nieba, wątek religijny (ktoś musiał zastąpić porządnego Willa Turnera, a bardziej porządny od niego mógł być przecież tylko ksiądz), ale ten akurat nie bardzo się udał i wyszedł raczej sztucznie. Jest mniej żartów, przynajmniej tych sytuacyjnych, ale te, które są, są bardziej subtelne. Fabularnie jest to jak gdyby restart serii - akcja nie jest związana z poprzednimi częściami - i logicznie historia wydaje się spójna, chociaż niestety przewidywalna.
Muzycznie
Piraci...to powtórzone dobrze znane motywy z całej serii, ale wzbogacone o brzmienia hiszpańskiej gitary np.
The Pirate That Should Not Bealbo
Angry And Dead Again; ale najbardziej podoba mi się zupełnie nowa nuta, czyli tango
Angelica. Takie urozmaicenie dobrze odświeżyło skomponowaną przez Hansa Zimmera muzykę.
3D jest według mnie bardzo dobre tzn. nienachalne, skromne. Wykorzystanie tej techniki sprawiło, że ciasne kabiny statku stały się jednocześnie jeszcze ciaśniejsze i zarazem nieco bardziej przestronne; królewskie apartamenty w Londynie nabrały wyrazu; dżungle i wszelkie krajobrazy są nieco bardziej żywe. A wszystko to z umiarem, nie na siłę. Żadne motylki nie wylatują non stop z ekranu, irytując i przyprawiając o ból głowy. W zasadzie można zapomnieć, że ogląda się film w trójwymiarze - ale zapomnieć w dobrym sensie, tzn. wrażenie głębi pozostaje, znika natomiast to drażniące uczucie, że coś jest inaczej niż zwykle. I właśnie dzięki temu, że wrażenie jest stonowane, tym lepszy i bardziej zaskakujący efekt wywołuje, dając o sobie znać w najmniej oczekiwanych momentach, kiedy widz pozwoli się zaskoczyć.
Wizualnie film jest ładny, chociaż trochę ciemny - rozumiem, pod pokładem statku nie ma słońca, ale można by to zrównoważyć i kilka innych scen nakręcić przy świetle dziennym. Może to wina obciętego budżetu? Ale nawet jeśli, to i tak ogólnie wyszło na plus: zamiast rozbuchanych efektów, sceny bardziej kameralne.
Oglądanie tego w oryginale wymagało sporo wysiłku - mieszanka akcentów jest powalająca: brytyjskie, karaibskie, hiszpańskie i jakie tam jeszcze można wymyślić, a na dodatek wszystkie z domieszką pirackiego. Arrr!
Podsumowując: nie jest źle. Rewelacyjnie może też nie jest, bo film w zasadzie niczym nie zaskakuje. Ale jednak źródełko młodości zrobiło swoje i obnażyło prawdziwe charaktery, dostarczając przy tym sporo przygód i atrakcji.
Aha! Nie należy wychodzić w czasie napisów, bo tak jak w
Na krańcu światana końcu chowa się jeszcze jedna malutka, któciutka, ale warta uwagi scena.
Aż bym Ci wrzucił zdjęcie hali ocynowni z dzisiejszych "Piratow" w ramach FMF i naszego na nich kołowego wyjścia. Wyglada oczywiscie calkowicie inaczej, ale robi wrazenie niemniejsze :). Ahoj!
OdpowiedzUsuńZazdroszczę, na pewno musiało być ciekawie.
OdpowiedzUsuńWydaje mi się, że ważne jest właśnie to, że miejsce nie jest nijakie, ma jakąś swoją unikalną atmosferę - jakakolwiek by ona nie była. Ja na przykład w Krakowie lubię chodzić do ARS-u, bo tam jest parę oryginalnych salek i fajnie się czeka na seans, siedząc na stylowo tapicerowanych kanapach; albo w kinie Pod Baranami, spacerując po piętrach i włócząc się po korytarzach; albo w Agrafce, mimo że otoczenie jest krańcowo różne; itd. I jak się często chodzi w takie miejsca, to wtedy nawet wypad do Multikina raz na pół roku na jakąś megaprodukcję, to jest interesująca odmiana ;)
Owszem, Barany są bardzo fajnym kinem; Kijów jest też spoko, jak się chce czegoś w 3D-i na operę bym tam kiedyś chętnie poszedł. No ale żadne z nich ani nie przebija Twojego Tuschinsky'ego, ani industrialnej ocynowni. Aż szkoda, że nie ma na co dzień tam seansów :(.
OdpowiedzUsuńBTW, dalej nie rozumiem Twojej magisterki :P.
Widzę że nie tylko na mnie zrobiło wrażenie to kino. Ja kiedy tam ostatni raz byłam zachwycałam się bardziej architekturą niż filmem a z pokazu wyszłam z pięknym albumem o tym jak kinu przywracano blask. Do dziś jestem pod wrażeniem. Ale nie tylko to jedno kino tak wygląda w Amsterdamie - kilka ulic dalej jest cudowne małe kino które wygląda jakby nic się tam nie zmieniło od dwudziestolecia.
OdpowiedzUsuńJeśli mówisz o kinie Uitkijk przy Prinsengracht, to jak najbardziej podzielam zachwyt :)I tam też spędziłam kilka miłych wieczorów m.in. udało mi się tam obejrzeć "Obcego" (którego nigdy wcześniej nie widziałam, więc fajnie było po raz pierwszy zobaczyć w kinie).
OdpowiedzUsuń