Strony

niedziela, 22 maja 2011

Leiden

Amstelveen → Aalsmeer → Leiden

Lejda leży mniej więcej w tym samym kierunku od Amsterdamu co Lisse, tylko trochę dalej. Postanowiłam więc urozmaicić nieco trasę, żeby nie jeździć po własnych śladach.
Pierwsze schody zaczęły się w lesie. Amsterdamse Bos, jak już na pewno pisałam, jest bardzo sympatycznym miejscem: ogromny, z wytyczonymi ścieżkami dla pieszych i rowerów, więc bardzo fajnie się po nim biega / spaceruje / jeździ. Ale ma jedną poważną wadę: nie da się przez niego przejchać na wprost, i to w żadnym kierunku. Nie da się po nim jeździć na azymut, bo ścieżki zakręcają w najmniej oczekiwanych momentach i nie na wszystkich kanałach są mosty (to akurat generalna przypadłość całej Holandii). Drogowskazy są, owszem, ale bywają przydatne, jak się chce dotrzeć w jakieś konkretne miejsce w lesie. Ostatnio, w drodze do Lisse, musiałam zawracać tylko raz; tym razem - straciłam rachubę... W rezultacie wyjechałam nie bardzo tam, gdzie chciałam, ale w końcu trafiłam na swoją trasę. Która to trasa na mapie wyglądała na piękną prostą, a w rzeczywistości okazała się poprzecinana drogami szybkiego ruchu, przez co po każdym skrzyżowaniu na nowo musiałam się orientować. Bogu dzięki za porządne oznaczenia tras rowerowych w Holandii oraz przystanki autobusowe z mapkami.
W końcu przejchałam przez jezioro Westeinderplassen (zamiast objechać je północno-zachodnim brzegiem, jak ostatnio) - ląd i małe wysepki wcinają się w nie głęboko, można dotrzeć prawie na drugi brzeg. Dotarłam do promu (kursował, na szczęście), którym przeprawiłam się przez kanał. A dalej już było z górki. To znaczy płasko, jak to w Holandii, ale do Lejdy już prosto. Po drodze mnóstwo wiatraków - raz naliczyłam siedem na jednym horyzoncie.

Leiden

Moim pierwszym skojarzeniem było Christianshavn: wyspa - dzielnica Kopenhagi. Poza tym Lejda przypomina mi trochę Utrecht, ale jest mniej zatłoczona i turystyczna - bardziej prawdziwa, a nie na pokaz.
W Lejdzie nie ma rynku. Sukiennice stoją nad kanałem. Waga miejska znajduje się przy placu (który w istocie jest mostem, jak zwykle), gdzie łączą się tzw. Stary i Nowy Ren. Tam też wznosi się kopiec, a na nim De Burcht (forteca, cytadela), skąd rozciąga się piękny widok na miasto. Wzgórze jest tak szczelnie otoczone kamieniczkami, że absolutnie nie da się go znaleźć, jeśli się nie wie, gdzie dokładnie należy szukać i w którą ulczkę, a potem bramę trzeba wejść - mało brakowało, a dałabym za wygraną.
Jest kilka ciekawych muzeów m.in. wiatrak De Valk (sokół), Sukiennice. Są dwie przewspaniałe gotyckie katedry: Pieterskerk i Hooglandsekerk. Jest całkiem ładny uniwersytecki ogród botaniczny, ciekawszy niż ten w Amsterdamie.

Poza tym:
  • w Lejdzie urodził się oraz przez pewien czas mieszkał i tworzył Rembrandt
  • pierwsze w Europie tulipany zostały wyhodowane w ogrodzie botanicznym Uniwersytetu Lejdejskiego
  • butelka lejdejska właśnie stąd się tak nazywa
  • innym wynalazkiem lejdejczyków jest jenever, czyli gatunek alkoholu poza granicami Niderlandów znany jako gin
Ale największą chwilowo zaletą Lejdy jest mieszkający tam obecnie Marek N. i jego gościnny materac, dzięki czemu mogłam rozłożyć zwiedzanie - i, przede wszystkim, pedałowanie! - na dwa dni.

Leiden → Alphen aan den Rijn → Amstelveen

Żeby nie było nudno, tym razem postanowiłam objechać Westeinderplassen od południowego wschodu. Droga z Lejdy bardzo łatwa (w sensie, że trudno z niej zboczyć) i przyjemna; a to dlatego, że prowadzi wzdłuż Renu aż do samego miasteczka Alphen, które, jak wskazuje pełna nazwa, nad tymże Renem leży. Tutaj, podobnie jak w Lejdzie, trafiłam na dzień targowy - jadąc przez centrum wpakowałam się w sam środek handlowych uliczek i placów: kramy, stoiska różne, a wśród nich stragan z przyrządzanymi na bieżąco stroopwafels. Samo miasteczko sympatyczne, trochę przypominało mi Amstelveen.

Podsumowując:

  • łącznie w ciągu tych dwóch dni przejechałam prawie 90km // z GPS-em pewnie byłoby o kilka mniej...
  • poznałam bliżej Lejdę // oraz pobieżnie Aalsmeer, Alphen aan den Rijn i inne
  • opaliłam się // ze szczególnym uwzględnieniem czubka głowy, którego to niestety nie wysmarowałam kremem z filtrem, a apaszką wyjątkowo przesłoniłam tylko czoło...
Zdjęcia z wycieczki jak zwykle na picasie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz