Amstelveen → Aalsmeer → Leiden
Lejda leży mniej więcej w tym samym kierunku od Amsterdamu co Lisse, tylko trochę dalej. Postanowiłam więc urozmaicić nieco trasę, żeby nie jeździć po własnych śladach.Pierwsze schody zaczęły się w lesie. Amsterdamse Bos, jak już na pewno pisałam, jest bardzo sympatycznym miejscem: ogromny, z wytyczonymi ścieżkami dla pieszych i rowerów, więc bardzo fajnie się po nim biega / spaceruje / jeździ. Ale ma jedną poważną wadę: nie da się przez niego przejchać na wprost, i to w żadnym kierunku. Nie da się po nim jeździć na azymut, bo ścieżki zakręcają w najmniej oczekiwanych momentach i nie na wszystkich kanałach są mosty (to akurat generalna przypadłość całej Holandii). Drogowskazy są, owszem, ale bywają przydatne, jak się chce dotrzeć w jakieś konkretne miejsce w lesie. Ostatnio, w drodze do Lisse, musiałam zawracać tylko raz; tym razem - straciłam rachubę... W rezultacie wyjechałam nie bardzo tam, gdzie chciałam, ale w końcu trafiłam na swoją trasę. Która to trasa na mapie wyglądała na piękną prostą, a w rzeczywistości okazała się poprzecinana drogami szybkiego ruchu, przez co po każdym skrzyżowaniu na nowo musiałam się orientować. Bogu dzięki za porządne oznaczenia tras rowerowych w Holandii oraz przystanki autobusowe z mapkami.
W końcu przejchałam przez jezioro Westeinderplassen (zamiast objechać je północno-zachodnim brzegiem, jak ostatnio) - ląd i małe wysepki wcinają się w nie głęboko, można dotrzeć prawie na drugi brzeg. Dotarłam do promu (kursował, na szczęście), którym przeprawiłam się przez kanał. A dalej już było z górki. To znaczy płasko, jak to w Holandii, ale do Lejdy już prosto. Po drodze mnóstwo wiatraków - raz naliczyłam siedem na jednym horyzoncie.
Leiden
Moim pierwszym skojarzeniem było Christianshavn: wyspa - dzielnica Kopenhagi. Poza tym Lejda przypomina mi trochę Utrecht, ale jest mniej zatłoczona i turystyczna - bardziej prawdziwa, a nie na pokaz.W Lejdzie nie ma rynku. Sukiennice stoją nad kanałem. Waga miejska znajduje się przy placu (który w istocie jest mostem, jak zwykle), gdzie łączą się tzw. Stary i Nowy Ren. Tam też wznosi się kopiec, a na nim De Burcht (
forteca,
cytadela), skąd rozciąga się piękny widok na miasto. Wzgórze jest tak szczelnie otoczone kamieniczkami, że absolutnie nie da się go znaleźć, jeśli się nie wie, gdzie dokładnie należy szukać i w którą ulczkę, a potem bramę trzeba wejść - mało brakowało, a dałabym za wygraną.
Jest kilka ciekawych muzeów m.in. wiatrak De Valk (
sokół), Sukiennice. Są dwie przewspaniałe gotyckie katedry: Pieterskerk i Hooglandsekerk. Jest całkiem ładny uniwersytecki ogród botaniczny, ciekawszy niż ten w Amsterdamie.
Poza tym:
- w Lejdzie urodził się oraz przez pewien czas mieszkał i tworzył Rembrandt
- pierwsze w Europie tulipany zostały wyhodowane w ogrodzie botanicznym Uniwersytetu Lejdejskiego
- butelka lejdejska właśnie stąd się tak nazywa
- innym wynalazkiem lejdejczyków jest jenever, czyli gatunek alkoholu poza granicami Niderlandów znany jako gin
Leiden → Alphen aan den Rijn → Amstelveen
Żeby nie było nudno, tym razem postanowiłam objechać Westeinderplassen od południowego wschodu. Droga z Lejdy bardzo łatwa (w sensie, że trudno z niej zboczyć) i przyjemna; a to dlatego, że prowadzi wzdłuż Renu aż do samego miasteczka Alphen, które, jak wskazuje pełna nazwa, nad tymże Renem leży. Tutaj, podobnie jak w Lejdzie, trafiłam na dzień targowy - jadąc przez centrum wpakowałam się w sam środek handlowych uliczek i placów: kramy, stoiska różne, a wśród nich stragan z przyrządzanymi na bieżąco stroopwafels. Samo miasteczko sympatyczne, trochę przypominało mi Amstelveen.Podsumowując:
- łącznie w ciągu tych dwóch dni przejechałam prawie 90km // z GPS-em pewnie byłoby o kilka mniej...
- poznałam bliżej Lejdę // oraz pobieżnie Aalsmeer, Alphen aan den Rijn i inne
- opaliłam się // ze szczególnym uwzględnieniem czubka głowy, którego to niestety nie wysmarowałam kremem z filtrem, a apaszką wyjątkowo przesłoniłam tylko czoło...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz