Oh! I shall not spare you. It is the right of a traveller to vent their frustration at every minor inconvenience by writing of it to their friends. Expect long descriptions of everything.---
Jonathan Strange & Mr Norrell: Jonathan Strange do Sir Waltera Pole przed wyjazdem do Europy
Ostatnio piszę rzadko, a przynajmniej z mniejszą częstotliwością niż kiedyś. Jakoś nie bardzo mam, o czym - jestem tu już dość długo, a najbardziej oczywiste tematy i najdziwniejsze przygody dotyczą zazwyczaj początkowego okresu pobytu w nowym miejscu, gdziekolwiek na świecie by ono nie było. Chociaż może i znalazłoby się o czym, ale są to raczej tematy nienadające się na notatki na szybko, a wymagające zebrania się w sobie, przeprowadzenia analizy materiału, uporzadkowania myśli i rzetelnego sprawozdania. Do takich zalicza się na przykład moja magisterka - każdy kolejny odcinek jest budowany długo i mozolnie. Ale piszę o niej ponoć tak intensywnie, że aż inspirująco. Tylko, że właśnie piszę o niej, a nie ją...
No bo, właśnie: ja przeważnie piszę tak z marszu, szybko - zjawia się jakaś myśl przewodnia i wychodzą z niej nagle dwa akapity (a bywa, że dużo więcej); chociaż ostatnio zdarza mi się posty planować i wracać do nich kilkakrotnie, zanim coś odpowiedniego z nich wyjdzie.
Ale też
notatki z podróżymogą znaczyć wszystko, jak cytat sugeruje.
Nie to żebym miała jakąś specjalną potrzebę wrzucania nowej notki co drugi dzień - ale i takie okresy się zdarzają, przeważnie z powodu jakiejś drobnostki, która staje się pretekstem do kolejnego wpisu. Jak na przykład naleśniki w proszku.
Otóż, ostatnio zamiast kolacji w stylu dania narodowe zrobiliśmy po prostu naleśniki. Idea była taka, że ze trzy osoby usmażą naleśniki, a reszta zaopatrzy siebie i pozostałych w dodatki, którymi można by owe naleśniki przybrać (nutella nadaje się zawsze i do wszystkiego, ale na szczęście nie wszyscy wpadli na tak oryginalny pomysł). Ale jakież było moje zdziwienie, kiedy moje koleżanki zaczęły mieszać jakiś proszek z wodą. Nijakiego sensu w produkcji takiego proszku się nie potrafię dopatrzyć - cenowo jest to chyba nawet droższe niż szklanka mleka, parę łyżek mąki i jajko; pracy przy tym dokładnie tyle samo, bo też trzeba wymieszać i usmażyć (a nawet gorzej, bo w tej mieszaninie jakoś łatwiej się grudki robią); i satysfakcja też żadna, bo podobno badania psychologiczne dowodzą, że ludzie nie lubią dań tak całkiem w wersji instant, że tylko proszek + woda, ale wolą kiedy można poczuć namiastkę prawdziwego gotowania i wbić chociaż jajko do masy - czego ja też nie rozumiem zupełnie, bo jak już kupuję takie subsytuty, to po to żeby rzeczywiście sobie życie ułatwić i np. nie gotować budyniu do karpatki, bo ani za tą czynnością nie przepadam, ani nie jest on specjalnie lepszy od kupnego.
Przy okazji wynikła także dyskusja o wyższości zimy nad latem tudzież vice versa. Wyszedł nam jeden konstruktywny wniosek, a mianowicie: nie ma to jak gorąca herbata w mroźny dzień, kiedy za oknem szaleje zamieć, a człowiek może sobie rogrzać ręce, trzymając w nich duży kubek dobrej, gorącej herbaty; wrażenie można porównać tylko do tego, jaką przyjemność sprawia dobrze schłodzone piwo w upalny letni dzień :)
A propos gotowania, to z cyklu szef kuchni poleca - omlet na otrębach. Potrzebne będą:
- 2 jajka
- 3 łyżki otrąb (ja daję 1 pszenicznych + 2 owsianych, ale każda kombinacja i rodzaj są w porządku)
- szczypta proszku do pieczenia
- dodatki według uznania
Żeby było zabawnie, otręby kupiłam raz, raczej z przypadku, ale kiedy znalazłam dla nich kilka ciekawych zastosowań, to doszłam do wniosku, że będę ich używać znacznie częściej, chociażby jako substytut bułki tartej. Problem w tym, że - podobnie jak to tutaj jest ze szpinakiem na przykład - otręby zdają się być towarem deficytowym, na który jest straszny popyt i którego zapasy na półkach muszą być w ciągu dnia uzupełniane, bo tak szybko znikają. Ja nie wiem, czy Holendrzy mają takiego bzika na punkcie zdrowego odżywiania, czy jak...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz