Na przykład pijam kawę. W dodatku byle jaką tzn. rozpuszczalną i jakiejś niepozornej marki. Bo generalnie jeśli chodzi o: słodycze, herbatę, kawę (i pewnie jeszcze kilka innych tego typu artykułów), to przeważnie uznaję tylko produkty jakościowo dobre i płacę za nie odpowiednio, a czasem i więcej, kompromisy natomiast uznaję tylko w sytuacjach ekstremalnych.
Ale co się tyczy konkretnie kawy, to żeby była dobra, to nie wystarczy, żeby się odpowiednio nazywała; proces robienia dobrej kawy nie kończy się niestety na woborze i zakupie - do kompletu potrzebny jest jeszcze dobry ekspres. Tutaj takiego nie ma - jest zwykły przelewowy, na który szkoda marnować dobrą kawę; moja sąsiadka jest Włoszką, toteż zaopatrzyła się w kawiarkę, ale nie mam do tego urządzenia cierpliwości, a poza tym trzyma ją w drugiej kuchni, a nie tyle że nie chce mi się chodzić do sąsiadów tylko po to, żeby zrobić sobie kawę, co po prostu zwyczajnie bym zapominała, że tak można, skoro nie mam zwyczaju ani potrzeby codziennego picia kawy. Bo ja ją pijam dla smaku, nie dla kofeiny - dlatego właśnie musi być dobra, aromatyczna - najczęściej w ramach deseru, chętnie z dodatkami w postaci kogla-mogla, bitej śmietany itp.
Ale dlaczego obecnie pijam podłą kawę? Otóż, nie tyle jest to kawa, ile raczej kawa mrożona w wersji studenckiej, czyt. rozpuszczlna wymieszana z odrobiną wody i dopełniona dużą ilością schłodzonego mleka (proporcje tak z 1:5); czasem z dodatkiem ciemnego kakao, ale niekoniecznie. I jakoś mi weszło w nawyk, że po śniadaniu sobie taki napój-deser serwuję - orzeźwiające (bo za kawą nie przepadam jeszcze z tego względu, że - gorąca - mnie usypia).
Dla każdego studenta przychodzi kiedyś - raczej wcześniej niż później, powiedziałabym - taki moment, że mówi sobie
dośći solidnie postanawia się poprawić: obiecuje sobie i światu, że to ostatni raz, że już nigdy więcej, że kolejny raz nie dopuści do sytuacji, kiedy w ciągu trzech dni musi odrobić pracę zaplanowaną na trzy tygodnie tudzież nawet trzy miesiące. Optymistyczne założenie według mnie byłoby takie, że może jeden na dziesięć tej obietnicy dotrzymuje (w dodatku prawdopodobnie tylko tymczasowo np. na jeden semestr).
Ja w bardzo prosty sposób jestem w stanie takich sytuacji uniknąć: potrzebuję pewnych konkretnych zadań albo kamieni milowych, ale - co kluczowe! - wyznaczonych i chociażby pobieżnie sprawdzanych przez kogoś innego. Kiedy sama planuję sobie pracę, to [prawie] nigdy nie trzymam się harmonogramu. Dlatego tak ważne są dla mnie obecnie regularne cotygodniowe spotkania z promotorem.
Z tego samego powodu tak ogromnie podoba mi się tutejsza (podobna była też w Kopenhadze) organizacja roku akademickiego: każdy semestr podzielony na dwa krótsze okresy. Co za tym idzie, robi się mniej kursów naraz, każdy z nich trwa krócej, ale za to wykłady są częściej i wymagana jest jako taka systematyczność, żeby nadążać, bo to wszystko dość szybko startuje i dalej sobie biegnie, nie wiadomo kiedy nagle się kończy. Systematyczności sprzyja też filozofia nauczania, przynajmniej ta stosowana na kursach na poziomie magisterskim; na licencjacie nie testowałam i nie bardzo mam kogo spytać - większość studiujących za granicą to studenci czwartego/piątego roku; jeśli już się zdarzy jakiś rodzynek z licencjatu, to przeważnie i tak robi kursy magisterskie (wszystkie są po angielsku, a licencjackie niekoniecznie) albo jakieś bardziej zaawansowane, albo pisze pracę, a te bardziej podstawowe przedmioty ma już za sobą. Otóż większość kursów, w których ja uczestniczyłam, odbywa się na zasadzie: wykład - dwa razy w tygodniu po dwie czasem trzy godziny, nieobowiązkowy, obszerne i notatki materiały są umieszczane w internecie, ale - uwaga! - większość studentów i tak na niego chodzi; ćwiczenia (względnie konsultacje, jeśli tradycyjne ćwiczenia nia mają sensu dla danego kursu) - jedna lub dwie godziny w tygodniu, nieobowiązkowe, raczej dla osób, które same na bieżąco nie są w stanie opanować materiału w stopniu wystarczającym do zrobienia zadań; zadania (tudzież jakieś kolejne iteracje projektu) - obowiązkowe, do oddania co tydzień na wykładzie, przeważnie tylko raz na semestr można zaliczyć wpadkę i koniecznie trzeba ją poprawić. Ale takie podejście wiąże się też z dużym wkładem prowadzącego kurs (oraz TAs, czyli najczęściej doktorantów, którzy mu pomagają np. prowadzą ćwiczenia, w razie konieczności zastąpią na wykładzie i zawsze chętnie służą studentom wsparciem i radą): zadania są sprawdzane porządnie i niezależnie od wyniku dostaje się rzetelny feedback (przepraszam, ale opinia zwrotna brzmi zbyt oficjalnie, drętwo i nienaturalnie w tym kontekście). Od studenta wymaga się z kolei, że odpowiednio dużo czasu poświęci na samodzielną pracę w domu - ale inaczej się po prostu nie da, jeśli chce się zrobić zadanie, bo trzeba się samemu przebić przez wyłożoną teorię, zrozumieć jak to działa w praktyce, a potem zastosować. (Na marginesie: całość bardzo przypoina mi kurs matemtyki dyskretnej na FAIS, z tą jedną różnicą, że jeśli zrobiłam wszystkie zadania, to nie muszę potem siedzieć i kwitnąć dwie godziny na ćwiczeniach, nudząc się niemiłosiernie i myśląc tylko o tym, jak produktywnie - albo zupełnie bezproduktywnie, whatever, w każdym razie miło i znacząco bardziej eksytująco - mogłabym owe dwie godziny spędzić; ale gdyby mi na to pozwolono, to wtedy nie ja zmarnowałabym dwie godziny w tygodniu, ale prowadzący musiałby pewnie tygodniowo poświęcić jakąś jednstkę czasu x ilość studentów na sprawdzanie i poprawianie zadań, porównywanie i testowanie pod względem pracy grupowej itd. Ale tutaj się jakoś da, to dlaczego nie w Polsce?! I jak widać na tym przykładzie, system jest dość uniwersalny i sprawdziłby się także we wczesnej fazie studiowania tzn. powiedzmy od drugiego roku, bo gdyby studenci nauk ścisłych od razu na pierwszym roku dostawali wytyczne
jak chcesz, to chodź, jak nie to nie, masz tylko oddać zadania, to nie przeżywałoby 50% tylko 5%, podejrzewam...).
Podsumowując: magia w czystej postaci, na mnie działa bezwarunkowo i potem żadnych problemów (no dobra, nie żadnych, ale o wiele mniejsze), żeby się przygotować do egzaminu i też sporo mniej czasu trzeba na to poświęcić - po prawdzie można się w ogóle nie uczyć, bo zadania były tak pomyślane, że jeśli student zaliczył wszystkie w trakcie trwania kursu, to teoretycznie powinien także zdać egzamin; oczywiście, jakaś powtórka, mniej lub bardziej porządna, gwarantuje, że końcowe zaliczenie nie będzie minimalne.
A jeszcze a propos systemów edukacji, to dochodzę do wniosku, że trafiłam najlepiej jak się dało: pierwsze trzy lata (choć wystarczyłoby pewnie dwa) studia według modelu polskiego, co daje dość solidne i szerokie podstawy; czwarty i piąty rok według systemu zachodniego, gdzie studenta traktują jak dorosłego i, przede wszystkim, równego i wartościowego człowieka. No i magisterka i to jak to się tutaj odbywa.
Ale o czym to ja w ogóle... A, bo tu właśnie jest tydzień egzaminów - połowa semestru, koniec pierwszego okresu - a ja nawet nie zauważyłam, bo mnie nie dotyczył specjalnie. I przyszła do mnie Vidya, zestresowana przeogromnie, żeby sobie zrobić przerwę w nauce i pogadać chwilę, oderwać się, zapomnieć i nabrać nowej motywacji. I tak się właśnie zaczęła dyskusja o naturze studenta, bo ja też właśnie byłam na etapie, że za bardzo się obijałam przez ostatnie dwa, trzy tygodnie, w związku z czym mi się teraz nazbierało...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz