Ale zacznę może bardziej ogólnie: jeśli chodzi o ramy czasowe i konkretne etapy, to w moim przypadku można wyróżnić pewne fazy:
- przegląd literatury - intensywne i długotrwałe studium przypadków różnych, przebijanie się przez literaturę fachową i prace innych ludzi siedzących w temacie tudzież w tematach podobnych albo dziedzinach, które są na styku; w moim przypadku ścieżka prowadziła od wykorzystania ontologii w procesie dokumentacji software architecture*, poprzez views & viewpoints, do wersjonowania projektów. Celem jest zorientowanie się w kontekście zagadnienia, znalezienie odpowiedniej perspektywy i własnego w tym wszystkim miejsca. Zwieńczeniem powinno być to jedno jedyne szczegółowo sprecyzowane reaserch question, kamień milowy kończący ten etap.
- praca badawcza - dokładanie swojej cegiełki do już istniejącego zasobu wiedzy, wymyślenie czegoś kontruktywnego, co optymistycznie zakładając może w jakiś sposób przyczyni się do rozwoju projektu i ogólnego postępu w tej dziedzinie. No bo właśnie... Otóż zachciało mi się bawić z takim projektem, który jest częścią większej całości i wpisuje się w pracę badawczą pewnej grupy ludzi.
I tu wypadałoby podkreślić, że to naprawdę jest praca badawcza, czyli twórcza - mnie osobiście bardziej się kojarzy z doktoratem. Rzeczywiście, doktoranci też nad tym pracują, ale pracują także studenci z licencjatu. Różnica jest taka, że licencjaci (jaki jest polski odpowiednik magistranta na studiach o poziom niżej?) dostają zdefiniowane konkretne zadanie: rozszerz model o tę funkcjonalność i zaimplementuj ją; doktoranci znajdują sobie problem i sami się nim bawią; ja mam coś pośrodku tzn. dostałam instrukcje w rodzaju: zrób coś w tym zakresie, ale co konkretnie, to już wymyśl sama, a my ci doradzimy i poprowadzimy. I tak naprawdę jest, to zanczy co tydzień spotykam się nie tylko z promotorem, ale z małym zespołem, na który składają się wybrani ludzie zaangażowani w ten sam projekt - moi doradcy: Antony (wykładowca wizytujący), Patricia (wykładowca tutejszy) i Klaas (doktorant). Dyskutujemy pomysły i postępy związane z moją częścią - oni wypytują, co nowego znalazłam, wyczytałam i wymyśliłam i jak mi to może pomóc; podpowiadają, gdzie są potencjalnie ciekawe możliwe do rozwinięcia pomysły. I tak to według mnie powinno wyglądać zawsze, ale z jakichś powodów bywa inaczej. - implementacja - część praktyczna, czyli wprowadzenie zmian, które sobie uroiłam, że mają jakiś sens.
Rany, jak ja dawno nic konkretnego nie pisałam. Już wiem, że będę kląć o drugiej nad ranem nad jakąś poprawką, która kilka godzin wcześniej miała mi zająć tylko parę minut, więcskończę dziś, żeby jutro nie zaczynać od początku
- i już się nie mogę doczekać :) - pisanie - spisanie (lub zebranie w jedną całość i zredagowanie, bo jakieś częściowe dokumenty się tworzą równolegle cały czas): wniosków z fazy pierwszej, idei z fazy drugiej oraz wyników z fazy trzeciej; plus podsumowanie, czy i dlaczego miało to sens, czy działa itd.
----------------------
* Jak już pewnie pisałam nieraz, preferuję polskie określenia - przynajmniej wtedy, kiedy są uzasadnione, mają większy sens, jakąś rację bytu i nie brzmią sztucznie. Ale problem jest taki, że z niektórymi pojęciami albo i całymi dziedzinami nie miałam styczności wcześniej tzn. w Polsce, w związku z czym cała moja wiedza opiera się na kursach, lekturach i materiałach, które zostały napisane / przeprowadzone po angielsku. Z tego też względu nie wiem, czy są ustalone, uznane i używane polskie odpowiedniki, więc nie tłumaczę, bo mogę trafić zupełnie źle albo w nazwę, która akurat jest używana w oryginale, jak to czesto w informatyce (i naukach ścisłych w ogólności chyba) bywa. A nawet jeśli takowe odpowiedniki są, to dla mnie chwilowo brzmią obco i nienaturalnie.
Co za tym idzie, żeby być konsekwentnym w swojej niekonsekwencji, po angielsku będą też niektóre terminy, które powinny być po polsku.
Wydaje się, że słowo "licencjaci" jest poprawnym określeniem osoby, która robi licencjat. Nie wiem tylko jak miałaby się nazywać osoba, która robi inżyniera (czy może raczej inżynierium?). W sumie tylko forma "licencjat" niezbyt precyzyjnie określa czy mówimy o tytule zawodowym, czy osobie, która się o niego stara. Jakoś prostsze to jest w przypadku magistrantów, którzy robią magisterkę i będą później magistrami, czy doktorantami, którzy jak napiszą i obronią doktorat to będę doktorami. Pewnie dlatego nie wykształciło się jeszcze odpowiednie słownictwo, bo tytuł licencjata i inżyniera jest stosunkowo nowy w Polsce w porównaniu do tego jak długo były studia jednolite magisterskie.
OdpowiedzUsuńA czy w Holandii jest jakiś odpowiednik studiów inżynierskich, technicznych? Czy takie kursy trwają dłużej, różnią się czymś od "zwykłych"? I czy wiesz może jak wygląda w przypadku takich studiów praca dyplomowa? Np. w Wielkiej Brytanii inżyniera można przybliżyć studiami typu "Engineering", po których ma się tytuł BEng zamiast BSc. studia takie trwają dłużej i różnią się nieco od polskiego inżyniera, ale nie wiem jak wygląda kwestia samych prac dyplomowych.
Próbowałam się zorientować dokładnie, ale nie bardzo mam chwilowo kogo zapytać. Ja mam do czynienia ze studentami VU i UvA, czyli dwóch uniwersytetów amsterdamskich. Żaden z nich nie prowadzi jako takich studiów inżynierskich - oba są określane jako uniwersytety badawcze. Oprócz tego jest np. Delft University of Technology, który kiedyś nie był określany mianem uniwersytetu (chyba coś à la formalna przemiana AGH -> UGH) i oferuje Bachelor of Science in engineering (BScEng) - coś pomiędzy klasycznym BSc a BEng. Są też uczelnie określane jako "Hogeschool" i tam można zdobyć Bachelor of Engineering (BEng), co trwa cztery lata. To jest najlepsze podsumowanie, jakie znalazłam: https://secure.wikimedia.org/wikipedia/en/wiki/Bachelor_of_Engineering#Netherlands
OdpowiedzUsuńJeśli nadarzy się okazja, to wypytam jakiegoś tubylca, może uzyskam dokładniejsze informacje np. w kwestii prac dyplomowych :)
Stanowczo protestuję, AGH nigdy nie przerodziło się w UGH, w przeciwieństwie do AP czy AE. Tylko po angielsku nazywamy się "University of Science and Technology AGH", ale polska nazwa pozostała bez zmian. Poza tym jak to brzmi - UGH. Tego się nawet nie da wymówić ;)
OdpowiedzUsuńPrzepraszam, ta transformacja rzeczywiście nie miała miejsca - jeszcze. Bo z tego, co się orientuję, to wola przeprowadzenia takowej zmiany jak najbardziej istnieje, tylko chyba AGH nie spełniło jeszcze jakichś warunków formalnych. A może jednak zrezygnowali całkiem z tego pomysłu? Szczerze mówiąc, nie wiem, keidyś się tym interesowałam, ostatnio nie bardzo jestem w temacie.
OdpowiedzUsuńZ tego co wiem, AGH nie zamierza w najbliższym czasie przekształcić się w UGH. Jakby to brzmiało - Uniwersytet Górniczo-Hutniczy? Uniwersytet Techniczny AGH? Nie chodzi chyba o warunki formalne, tylko o tradycję ;-) Przynajmniej taką wersję przedstawił jakiś czas temu rektor, kiedy był gościem czatu (chyba na onecie).
OdpowiedzUsuń