Ulotki, blitety do kina (które są tu cholernie drogie, jak wszystko zresztą, ale warto), karty wstępu do muzeów, menu hinduskiej restauracji (naprawdę polubiłam indyjską kuchnię, chociaż trochę za tłusta), wielkanocna pocztówka świąteczna (od dziewczyn z Kopenhagi/Warszawy), bilet nocny i 24-godzinny (bo seanse filmowe bywały późno), bilety kolejowe (nie wszystkie wycieczki były w zasięgu roweru), bilet na prom rzeczny (Amsterdam, jak na te ogromne ilości wody, ma zadziwiająco mało przepraw mostowych), podkładka z piwa (jakby ktoś się kiedyś wybierał na piwo: Molly Malone's to całkiem fajny pub irlandzki), opakowanie po ulicznym stroopwaflu (mniam!), notatka od koleżanki zostawiona na drzwiach (kiedy to moje oficjalne papiery z gminy przyszły na zły adres) itp. itd. - czyli ostatnie pół roku w Amsterdamie udokumentowane w postaci kolażu ściennego.
Nie ma to jak wymyślać sposoby na udomowienie pokoju w akademiku - w zwykłym mieszkaniu podobne zadanie jest o wiele mniej ciekawe, bo nie tak ambitne.
Miałam dziś inspekcję pokoju. Sprawdzali, czy zapowiada się, że zostawię go w stanie używalności, czy też nie bardzo. W związku z czym doszłam do wniosku, że to chyba odpowiednia pora, żeby mój kolaż zakończył już żywot. Zwłaszcza że małe szanse, żeby się miał jeszcze o jakiś interesujący obiekt powiększyć. Trzeba go więc było udokumentować przed egzekucją.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz