Czyli skarb i dobro narodowe Holandii. Natchnęło mnie, bo dowiedziałam się dzisiaj, że zajadali się nimi już w średniowieczu. W bogatych domach obok kominka, oprócz pogrzebaczy, rusztów i tym podobnych sprzętów, na wyposażeniu był też przyrząd do robienia stroopwafli: takie metalowe szczypce zakończone okrągłymi tarczkami, pomiędzy które nakładało się ciasto, ściskało i tak opakowany naleśnik wkładało na chwilę do ognia. Voilà, wafelek gotowy.
Na targach bywają stoiska, gdzie sprzedają stroopwafles świeżo przyrządzone, wypiekane na miejscu. Wreszcie kiedyś trafiłam na taki. I to dwa razy w ciągu jednego dnia: na targu w Lejdzie i na targu w Alphen aan den Rijn. Dopiero później znalazłam podobny stragan na amsterdamskim Albert Cuyp markt. Sprzedawca, gdy pojawia się klient, bierze kulkę ciasta, kładzie na gofrownicy i piecze. Ale to po to, żeby było dla następnego chętnego. Kiedy kolejny wafelek się robi, ten upieczony chwilę wcześniej, już gotowy i ostudzony, jest przekrawany na pół, smarowany gorącą masą karmelową i sklejany z powrotem. Tak przygotowany stroopwafel smakuje nieco inaczej: jest gorący i ciągnący, ale to dzięki karmelowi - podczas gdy sam wafelek pozostaje chrupiący, a nie rozmięka jak w przypadku ciastka sklepowego odgrzewanego na parze gorącej herbaty lub kawy.
Znalazłam nawet przepis, ale do najłatwiejszych to on nie należy.

Jejku... a ja dzisiaj znalazłam zdjęcie ze stroopwafelsami i sobie westchełam w ich kierunku ;) (http://umnie.tumblr.com/post/7509073328). I baaardzo bym chciała spróbować takiego świeżego stroopwafelsa, bo to co mnie może nie drażni, ale oddziela od ideału to właśnie rozmoknięty wafelek po podgrzaniu nad herbatą. Ale nie zmienia to faktu, że stroopwafelse wymiatają system :)
OdpowiedzUsuńA wiesz, że ja nawet wymyśliłam i przetestowałam, jak je zrobić tak na chrupiąco: w mikrofalówce :D Wkładzasz na kilka sekund (dosłownie kilka, 10 to już może być za dużo) na moc ok. 700W. Myk w tym, że mikrofale podgrzewają jedzenie, wprawiając w ruch zawarte w nim cząsteczki wody, więc im bardziej coś jest ciekłe, tym szybciej się grzeje - co zazwyczaj jest wadą, jeśli chcesz podgrzać np. kilkuskładnikowy obiad, bo się zrobi nierówno. Ale tutaj działa na korzyść, bo masa, która jest zastygniętym płynem, szybko się upłynnia i robi gorąca, a wafelek jest suchy i taki pozostaje :]
OdpowiedzUsuńAle powiem szczerze, że ja sama nie wiem, którą wersję wolę, bo taki stroopwafel z herbatką, odpowiednio namoknięty, to też są delicje... Powiedziałabym, że ten na targu w Alphen aan den Rijn był najlepszy ze wszystkich, które jadłam, ale to raczej dlatego, że był to drugi dzień wycieczki rowerowej A'dam - Lejda, więc nawet jakbym tam śledzia zjadła, to też bym mówiła, że pyszny :P
Ej, ale te młode śledzie z cebulą i piklami to akurat są pyszne :P.
OdpowiedzUsuńJak dla mnie są jadalne, a to na moje standardy i tak dużo (tzn. jak na coś, co nie ma zawartości kakao przynajmniej 20% ;) ). Ale poważnie, to sądzę, że mogłabym je polubić, ale wymagałoby to przestawienia się i przyzwyczajenia, i zorganizowania odpowiednich dodatków.
OdpowiedzUsuńAle po co się męczyć, kiedy są stroopy :D
Swego czasu będąc w Amsterdamie z małym budżetem uczyniłam z tych wafli podstawę mojej diety na tydzień. Wydawało by się, że można się tym przejeść ale Nie! Tyko nauczyłam się że im tańsze tym lepsze co jest trochę dziwne.
OdpowiedzUsuńHmmm, zgodziłabym się, ale z zastrzeżeniem, że do pewnej granicy. Przez rok zdążyłam przetestować stroopwafle różnych produkcji i te za 2, 3, albo 5 euro rzeczywiście wcale nie są lepsze niż te za 1, ale poniżej to już jednak loteria - czasem jadalne, ale przeważnie niestety gorsze...
OdpowiedzUsuń