Strony

poniedziałek, 13 grudnia 2010

Praktyczna lekcja... termodynamiki...?

Mój rower stwierdził, że nie idę dziś na wykład. Stał sobie przy stojaku, tam gdzie go zostawiłam, tyle że w trochę innym stanie niż kiedy widzieliśmy się ostatnio tzn. mniej sprawny: opona i kawałek dętki wyszły z ramy koła (wygląda na to, że ciut za mocno je dopompowałam ostatnim razem i w kombinacji z większymi niż zazwyczaj wahaniami temperatury oraz prawami fizyki obowiązującymi w tym wszechświecie - rezultat był właśnie taki). W każdym razie, przy użyciu naprędce zaimprowizowanych praktycznych narzędzi w postaci sztućców (głównie łyżeczki i noża), udało mi się - o, dziwo! - doprowadzić koło do porządku. Z tym że aby to zrobić musiałam z niego całkiem spuścić powietrze; a pompki nie posiadam, zazwyczaj doładowuję rower w warsztacie przy uniwersytecie - mam od kogo pożyczyć, więc prawdopodobnie nie będę musiała spacerować z rowerem na wydział, ale w krótkiej perspektywie uniemożliwiło mi to szybkie dostanie się na zajęcia, więc teoretycznie zrobiłam sobie dziś wagary (chociaż nie wiem, czy to się liczy, jeśli wykład jest nieobowiązkowy...?).
Cóż, człowiek się uczy. Zawsze tata się zajmował rowerami, a na większe przeglądy oddawał do warsztatu - chyba jedyne, co kiedykolwiek sama robiłam, to podnoszenie siodełka, ale jak widać w sytuacjach kryzysowych fantazja mnie nie opuszcza i potrafię się zdobyć na odrobinę inwencji.

3 komentarze:

  1. hmmm, śmiać się? bać się?

    OdpowiedzUsuń
  2. Chyba bać się O_o Miło słyszeć, że jesteś zaradna ;) W sumie nawet profesjonalne rozwiązanie sytuacji :D

    OdpowiedzUsuń
  3. W zasadzie to aż się sama zdziwiłam, bo moja pierwsza myśl, kiedy rower stawił opór i zobaczyłam, co się stało, to było coś w rodzaju "cholera, no to sobie pojeździłam; albo szukam warsztatu, albo kupuję nowy rower".

    OdpowiedzUsuń