Ja na przykład podchodzę bardzo nieufnie do premier literackich (o ile nie chodzi o nowe wydanie czegoś, co już czytałam, albo któryś tom lubianej serii): zastanawiam się, czekam na recenzje i opinie; jeśli komentarze mnie zachęcają - czytam. Poza tym, gdy książka danego autora mi się spodoba, to sięgam po inne jego tytuły, starsze. A czasem po prostu nadrabiam zaległości, czyli czytam książki znane i uznane już długi czas albo te kilkakrotnie już zekranizowane lub w inny sposób przetrawione przez popkulturę(1).
I wtedy właśnie przydałby się taki klub dyskusyjny. Marzyłoby mi się zebrać ekipę, która spotykałaby się powiedzmy co tydzień. Na każde kolejne spotkanie zadanie domowe: przeczytać wybraną lekturę, a następnie podzielić się wrażeniami z resztą.
Na założyciela takiej grupy niestety się nie nadaję - co mogę zrobić, to zapisać się do istniejącego DKK i taki właśnie mam zamiar. Chociaż, nie ukrywam, wolałabym towarzystwo raczej mi znane, bo niestety istnieje spora szansa, że obcy mało będą mieli ze mnie pożytku podczas dyskusji... Poza tym z tego, co zdążyłam się zorientować, krakowskie kluby zbierają się raz na miesiąc (rzadko, ale zawsze to coś na początek), więc nie wiem, czy w ogóle uda mi się załapać na jakiekolwiek spotaknie w wakacje. Przy okazji odkryłam internetowe dyskusyjne kluby książki. Od tego w sumie mogę zacząć.
Bardzo brakuje mi kursów nie-ścisłych; takich, na których nie trzeba się tylko wykazać wiedzą, rozwiązać problem i gdzie - przede wszystkim - nie ma złych odpowiedzi, bo każda ścieżka prowadzi do jakichś wniosków, każda interpretacja jest dobra, o ile można z niej wyciągnać coś o świecie albo o sobie samym. Jak bardzo mi ich brakowało, zdałam sobie boleśnie sprawę w ostatnim semestrze. Głupie lekcje polskiego w liceum (no dobrze, wcale nie głupie, bo polonistę miałam świetnego, ale nawet on, sam jeden przeciwko trzydziestu nastolatkom, za wiele zdziałać nie mógł) były przynajmniej okazją do wymiany zdań. Samemu co prawda też się da (a przynajmniej żywię taką nadzieję); tylko że jest trudniej. Ale obiecuję sobie solennie, że będę się starać. I dosyć zwalania winy na studia - przecież to nie całe moje życie, zawsze umiałam znaleźć czas na milion innych aktywności, więc najwyższa poraz włączyć do nich te rozwijające moją osobowość, a nie tylko zdolności.
A wszystko to w jednym celu: zacząć czytać świadomie. I nie tylko czytać - także oglądać filmy, słuchać innych ludzi i w ogóle patrzeć na świat. Częściowo chyba już mi się to udało, bo czuję się trochę, jakby się obudziła ze snu, po którym błąkałam się ostatnie kilka lat. Nie żebym wcześniej w ogóle nie zwracała uwagi na to, co między słowami. Ale ja jednak odbieram bardzo emocjonalnie: jeśli tekst jest jednolicie zły lub dobry, to raczej zapamiętuję wrażenia. Generalnie to mój problem jest taki, że nie do końca uświadamiam sobie swoje własne poglądy - one się klarują podczas wymiany zdań; potrzebny mi jakiś punkt odniesienia. Więc zaczęłam dyskutować sama ze sobą (hmmm, mówię do siebie - to nie brzmi dobrze...). I liczę, że to pomoże wyrażać mi później własne zdanie. O ile znajdę odwagę, żeby je wygłosić.
Wniosek z ostatniego tygodnia: skandynawskie kino - zarówno starsze jak i nowe - jest naprawdę dobre, ale siada na psychikę, więc lepiej nie mieszać z alkoholem; daje do myślenia, jest dobre do dyskusji i motywuje do samodzielnych poszukiwań i rozmyślań. Wniosek kolejny jest taki, że od paru lat coś się zmieniło w mentalności ludzi od rozrywki i wreszcie przestali postrzegać wakacje jako sezon ogórkowy, w którym należy serwować co najwyżej lekkie i głupawe komedyjki. Jest coraz więcej przeglądów filmowych - przeróżnych: tematycznych, geograficznych, czy po prostu opartych na niedawnych premierach. Uwielbiam krakowskie kina studyjne i ludzi z niebanalnymi pomysłami, dzięki którym te krótkie (sic!) wakacje zapowiadają się naprawdę ciekawie, a praktyka na szczęście jest dobrą wymówką, żeby je spędzić w Krakowie.
Moja wakacyjna lista TODO się wydłuża o coraz to nowe pozycje - szkoda tylko, że czasu tak mało...
(1) O tym, że nieufność jest jak najbardziej wskazana, przekonałam się na przykład, kiedy z ciekawości zabarałam się za sagę Zmierzch Stephanie Meyer: przez chyba dwa lata jej książki były w empikowym TOP 10, więc w końcu zainteresowało mnie, co to takiego jest i dlaczego ja o tym nic nie słyszałam (to było jeszcze przed filmem). Przeczytałam i teraz mogę z czystym sumieniem krytykować, bo wiem, o czym mówię :]
Przy okazji: Terry Pratchett jest winny zbrodni na wampirach znanej jako mania Zmierzch!! Otóż, czytając niedawno ponownie
Carpe jugulum, zauważyłam, że pojawia się tam motyw wampira zainteresowanego pewną śmiertelniczką, która go intryguje, ponieważ jest jedyną osobą, której on nie potrafi czytać w myślach... Przerażające.
Świetny pomysł, jakbyś nie jechała do Amsterdamu, to na pewno spróbowałbym ci pomóc w rozkręceniu takiego dyskusyjnego klubu książkowego u nas na wydziale ;) Poza tym oboje znamy jednego doktora (a ty pewnie znasz wielu takich ;) ), którego również dałoby się wkręcić, a wtedy by się działo ;)
OdpowiedzUsuńPomysł sprzedany - masz zadanie bojowe na najbliższy rok :D
OdpowiedzUsuńA ja będę wpadać gościnnie, jeśli tylko zdarzy się okazja :)
OK, na najbliższym spotkaniu przy piwie spytam się odpowiednich osób, co o tym sądzą :) Zobaczymy, może się to naprawdę uda zorganizować :) Jakby jeszcze udało się zrobić coś w stylu "klubu miłośników fantasy" (jak bardzo nerdowsko i lamersko to może brzmieć :P ), to byłoby wspaniale :D Chyba mam za dużo chęci i pomysłów, a za małą inicjatywę... Się zobaczy ;)
OdpowiedzUsuńA to już jest coś, czego ja bym nie chciała robić tzn.ograniczać się z góry. Wolałabym po trochu z każdej półki, żeby była motywacja, żeby poznać nowe (tudzież stare, takie klasyki, o których człowiek często słyszał, ale nie czytał).
OdpowiedzUsuńAle, jak powiedziałam, pomysł sprzedany, więc inicjatywa jest twoja :)
Jeśli poważnie coś będziesz próbował, to daj znać - roześlę wici po znajomych (tak, doktorantach także ;), którzy mogliby być ewentualnie zainteresowani.
O miłośnikach fantasy myślałem zgoła osobno. Klub dyskusyjny to jedno, miłośnicy fantasy to drugie. Bez sensu byłoby ograniczać się tylko do jednej półki ;) Problem tylko w tym, że musi być osoba (to do klubu dyskusyjnego), która wybierałaby książki. Pierwsza myśl, ty. Ale cię nie będzie, no chyba, że właśnie w taki sposób duchowo nas wesprzesz, proponując pozycje do przeczytania ;)
OdpowiedzUsuńJa będę proponować, a wy będziecie czytać i omawiać - i co ja z tego będę mieć?! sprawozdania?! Poza tym moglibyście mnie znienawidzić :P
OdpowiedzUsuńA poważnie, to już kwestia techniczna i nią się możesz zacząć przejmować, jak już będziesz mieć chętnych ;) Można zrobić tak, że jedna osoba proponuje kilka książek (np. z danego gatunku albo tematyki), a grupa wybiera z nich jedną; albo na odwrót - wszyscy proponują, a ty arbitralnie wybierasz; albo po prostu za każdym razem ktoś inny podaje jakikolwiek tytuł... Ale tym naprawdę nie ma się co teraz martwić :)
Wiem, że istnieje taki klub w Krakowie, nawet pisarze na niego przychodzili (Ten Pan od "Lodu" był... nie pamiętam jak się nazywa :P) - jest grupa dyskusyjna i spotykają się od czasu do czasu. Moja siostra do niego należy - spytam się jej jutro jak to wszystko działa jak chcesz :)
OdpowiedzUsuńJasne, że chcę!!
OdpowiedzUsuńJa znalazłam informacje o kilku takich klubach działających przy bibliotekach i nawet ze dwa są niedaleko mnie, ale żadnej odpowiedzi na razie :( może zawiesili działalność na wakacje...?
A pan się nazywa Jacek Dukaj :]